Rekolektyw.pl logo.png

Katarzyna Brejwo

 

Tylko nie matura, córeczko

 

Wyrok wykonali bracia dziewczyny: najstarszy zorganizował broń, średni wywabił ją z domu, najmłodszy strzelił

 

Seyran Ateş już raz minęła się ze śmiercią. - Kilka milimetrów dalej i byłoby po pani - powiedział lekarz, oglądając rentgen.

 

Dlatego teraz miejsce spotkania wybiera starannie: na Rosentaler Strasse jest turecka knajpa. Właściciel to przyjaciel. Zawsze trzyma dla niej ten sam stolik, tak ustawiony, że widać całą salę i pół ulicy. Tamtego dnia przyszła rano do biura, zaparzyła kawę. Zaniepokoił ją męski głos w korytarzu. Miały przecież zasadę: żadnych mężczyzn w środku. Kobiety, które szukały u nich pomocy, pochodziły z tradycyjnych, muzułmańskich rodzin. Już samo to, że odwiedziły prawnika, mogło sprowadzić na nie gniew męża albo ojca. Ten męski głos pytał o Leylę. Nie dał się przekonać, że żadna Leyla nigdy tu nie pracowała. Koleżanka poprosiła, żeby poczekał na zewnątrz: "Tam pana obsłużymy". Nie słuchał. Kiedy wpadł do gabinetu, Seyran zdążyła zauważyć: Turek w średnim wieku, beżowy prochowiec. "To zajmie tylko chwilę" - powiedział. Oddał trzy strzały.

 

Seyran dostała w szyję. Szczęśliwie kula nie przeszła na wylot, utkwiła między czwartym a piątym kręgiem. Dziewczyna, z którą tamtego dnia siedziała w gabinecie, miała na imię Neriman. Do biura przyniosła dokumenty potrzebne do pracy, chciała je przetłumaczyć. Zginęła na miejscu.

 

- Czy mogłam to przewidzieć? - pyta Seyran. - Nieraz myślałam: gdybym to samo robiła w Turcji, już byłabym martwa. Ale przecież jesteśmy w Berlinie.

 

Kolejka do łazienki

 

Zachodnie Niemcy potrzebują robotników. W 1961 roku podpisują umowę z Turcją, a specjalnie podstawione pociągi wiozą z Ankary i Stambułu setki tysięcy mężczyzn i kobiet, którzy staną przy taśmach w fabrykach od Hamburga po Monachium. Rząd i dziennikarze z zachwytem witają napływ siły roboczej "od 18 do 45 lat, w najlepszym wieku produkcyjnym", która ma napędzać wygłodniałą gospodarkę.

 

W 1969 roku dyrektor agencji pracy z wielką pompą wita na peronie w Monachium milionowego gastarbeitera. Ismail Bahadir, 24-latek z Konyi, uśmiecha się do kamery, po czym odjeżdża do Frankfurtu, gdzie za pensję w wysokości 730 marek będzie składał części do silników.

 

W tym samym roku na dworcu w Stambule do pociągu wsiada Seyran. Ma sześć lat i jeszcze nigdy nie jechała tak daleko - do Berlina to aż trzy dni drogi. Tymczasem ledwo ruszyli, a matka zaczyna krwawić. Na szczęście w pociągu jest pielęgniarka, która sprawnie przyjmie to, co zostało z ciąży, i zawinie w chustę. Matka czuje ulgę: lekarz niechętnie zapisał tabletki na poronienie, mówił, że czwarty miesiąc to za późno.

 

Tłumaczyła mu, że nie dadzą z mężem rady. Wyjechali do Niemiec raptem rok temu i nic im się jeszcze nie udało odłożyć. W fabryce Siemensa płacą marnie, a życie w Berlinie drogie. Z mieszkaniem też nie było łatwo, bo nie każdy Niemiec wynajmie Turkowi. Wzięli, co było: jeden pokój z kuchnią na Wedding. Łazienka na półpiętrze, wspólna dla czterech mieszkań, więc czasem trzeba swoje odstać w kolejce. Pokój zamykają na klucz, bo przez ich korytarz wchodzi się do innego mieszkania. Niemka jest miła i mówi "dzień dobry", ale już sąsiad poniżej z byle powodu grozi, że wezwie policję i ich, "zasranych obcokrajowców", wyrzuci. Starają się być cicho. "W końcu jesteśmy tu tylko gośćmi" - będą tłumaczyć dzieciom.

 

Dzieci mają pięcioro, rodziły się jeszcze w Turcji. Matka Seyran właśnie po to przyjechała, żeby je sprowadzić do Berlina. Na szóste nie mają już ani pieniędzy, ani serca.

 

Kiedy pociąg wytoczy się na równiny, zawiniątko z przedziału wyląduje za oknem.

 

Walizka

 

Seyran mieszka w Berlinie, ale jakby nigdy nie opuściła Turcji. Wychodzić może tylko przed dom, piętnaście metrów w jedną, piętnaście w drugą stronę, nie dalej niż do szewca naprzeciwko (szewc jest Turkiem z ich rodzinnej wioski). Koleżanek z klasy odwiedzać jej nie wolno, bo to Niemki, a kto to wie, co się dzieje w niemieckich domach? Do niej też nikt nie przychodzi. Zresztą kiedy? - Od rana do wieczora nic tylko prałam, sprzątałam, gotowałam - mówi Seyran.

 

Kiedy ojciec klei tapety w pokoju, to ją woła do pomocy. Kiedy trzeba rano zrobić śniadanie dla rodziny, Seyran zrywa się pierwsza. Nosi braciom wodę do mycia. Kemal, najstarszy, lubi myć włosy codziennie. Niech tylko Seyran trochę rozleje, będzie bił. Bije za wszystko: bo kurtka spadła z wieszaka, bo się głupio zaśmiała. Jeśli Seyran płacze, bije ją jeszcze mocniej. Kiedy poskarży się rodzicom, powiedzą, że na pewno musiała czymś zasłużyć. Jednak i matce zdarza się ją uderzyć. - Raz przyłapała mnie z książką. "Od tego twojego czytania dom się nie posprząta!" - krzyczała. Sama nauczyła się czytać dopiero po pięćdziesiątce, jak przeszła na rentę. Wcześniej tureckie gazety czytał jej ojciec.

 

Rodzice nie znają niemieckiego, więc kiedy trzeba coś załatwić w urzędzie, zabierają córkę (już po pierwszym roku w przedszkolu mówi całkiem płynnie). Urzędnicy dzielą się na dwie grupy: jedni Turków ignorują, inni na nich krzyczą. Trzeba to znosić spokojnie, bo nic się nie załatwi. W szkole Seyran ma same jedynki (to w Niemczech najwyższa ocena) i kiedy jako jedyna podnosi rękę do odpowiedzi, nauczyciel grzmi: "Widzicie? Turczynka wie, a wy nie!". Seyran czuje wstyd (bo czemu miałaby być gorsza od innych dzieci?), a z drugiej strony - dumę. - Po raz pierwszy byłam kimś więcej niż tylko czyjąś córką i siostrą - mówi. - Szkoła i dom to były dwa różne światy.

 

Między tymi światami Seyran przemieszcza się kilka razy dziennie i do każdego przybiera inną twarz. W szkole każą jej myśleć i mówić, w domu - milczeć i słuchać. Budzi się jako turecka dziewczynka, którą można szturchać i wyzywać za byle co, a za progiem domu jest już niemiecką uczennicą - zdolną, ambitną, zdecydowaną. Kandyduje na przewodniczącą samorządu - wygrywa. Czyta szkolny regulamin, znajduje błędy. Wróżą jej, że będzie świetną prawniczką.

 

Z czasem tej drugiej Seyran jest coraz więcej. Nie chce żyć jak matka, ciotki i kuzynki - wydane za mąż przez rodziców, uwięzione w domach. Dopada ją depresja. - Raz Kemal tak strasznie mnie pobił, że chciałam się zabić. Łyknęłam tabletki, na szczęście się nie udało.

 

Michael, szkolny pedagog, przekonuje: śmierć to nie jest żadne wyjście. Jeśli nic nie da się zrobić, niech ucieka z domu. Pytanie tylko: kiedy? Najlepiej poczekać do pełnoletności, nie będą musieli o niczym zawiadamiać urzędu do spraw młodzieży.

 

Ale Seyran nie może tyle czekać. Trzy miesiące przed osiemnastymi urodzinami wychodzi z domu z małą walizką. Rodzina akurat bawi się na weselu, nikt jej nie ściga. Mimo to boi się tak bardzo, że w pokoju, który dostała w schronisku dla młodzieży, przez całą noc pali światło.

Jeszcze nie wie, że właśnie wybrała życie, w którym ten strach będzie z nią zawsze.

 

Mur

 

Czy Hatun Sürücü się bała? Zginęła od kuli 7 lutego 2005 roku na przystanku autobusowym w berlińskim Neukölln. Na zdjęciu, które obiegło Niemcy, ma gęste czarne włosy obcięte poniżej ucha, mocny makijaż, szeroki uśmiech.

 

Hatun wychowała się w Berlinie w rodzinie kurdyjskich imigrantów. Gdy miała 15 lat, rodzice wydali ją za mąż i wysłali do Turcji, ale rozwiodła się i wróciła z synkiem do Berlina. Mieszkała sama, nie zakrywała włosów, chodziła do klubów. Niedługo miała skończyć szkołę zawodową, podobno z kimś się spotykała.

 

Nie wiadomo, która z tych rzeczy została uznana przez jej rodzinę za plamę na honorze. Wyrok wykonali bracia dziewczyny: najstarszy zorganizował broń, średni wywabił ją z domu, najmłodszy strzelił.

 

Jej śmierć wstrząsnęła Niemcami. Gazety pisały: "Zginęła, bo chciała żyć jak jedna z nas", "To jest nasz 11 września". "Oto wyrósł nowy mur berliński". Premier Bawarii (z konserwatywnej partii CSU) ogłosił, że imigrantów, którzy nie chcą się integrować, należy natychmiast odesłać tam, skąd przyjechali. Rzecznik CDU poszedł dalej - nie chciał ich odsyłać, lecz sądzić i karać (a ponieważ w niemieckim prawie nie ma paragrafu na odmowę integracji, należało go stworzyć).

 

Kiedy prawica straszyła i groziła, lewica biła się w piersi. Przypominano, że Niemcy nigdy nie dorobiły się polityki imigracyjnej z prawdziwego zdarzenia. Że kolejne rządy zachowywały się tak, jakby Niemcy były krajem jedynie rdzennych Niemców.

 

Dla ukojenia podawano przykłady pozytywne: polityk Zielonych Cem Özdemir, piłkarz Halil Altintop, prezenterka Nazan Eckes, reżyser Fatih Akin, komik Bülent Ceylan, urzędnicy, artyści, naukowcy i pisarze o znanych tureckich nazwiskach, doskonale zintegrowani z niemieckim społeczeństwem.

 

Dlaczego im się udało, a innym nie?

 

Szacunek

 

- Niemiecka gospodarka potrzebowała głównie niewykwalifikowanych robotników. Przyjeżdżali niepiśmienni chłopi z Anatolii, bez wykształcenia, bez znajomości języka - mówi Necla Kelek, socjolożka z Berlina, która zajmuje się problemami tureckiej imigracji. Jej rodzina przyjechała do Niemiec ze Stambułu w 1968 roku. Kelek miała wtedy 11 lat.

 

- Integracja? Nikt sobie takimi rzeczami nie zawracał głowy. "Gastarbeiter" znaczy przecież dosłownie "gościnny pracownik", czyli ktoś, kto popracuje kilka lat, a potem wróci do siebie. Gastarbeiterzy nie musieli nawet uczyć się języka, bo w każdym zakładzie zatrudniony był tłumacz. Ich zadaniem było pracować. Tym, co działo się w ich domach i głowach, nikt się nie interesował.

 

Tureccy imigranci wynajmowali mieszkania w tanich dzielnicach - na Kreuzbergu, Neukölln, Wedding - i budowali świat podobny do tego, który właśnie opuścili. W centrum tego świata była rodzina. Zdarzało się, że całe wioski osiedlały się na jednej ulicy, odtwarzając ten sam porządek sympatii i sporów, jaki rządził ich życiem w ojczyźnie. Sprowadzali dzieci, rodziców, kuzynów. A także panny młode.

 

- Gdy ktoś z sąsiedztwa się żenił, moja matka kupowała ładny wazon i szło się w odwiedziny. Na kanapie w salonie siedziała panna młoda umalowana i wystrojona jak lalka - mówi Kelek. - Nie znała ani słowa po niemiecku, często nawet nie miała pojęcia, gdzie właściwie jest. Zapytałam kiedyś taką dziewczynę, jak zamierza sobie poradzić w nowej ojczyźnie. Powiedziała, że Niemcy nie są jej do niczego potrzebne.

 

Tak właśnie, zdaniem Kelek, powstało w Niemczech społeczeństwo równoległe: odrębny świat, z własnym językiem, prawami i zwyczajami. Można było wyjechać z Turcji i zarazem wcale jej nie opuścić. Ten świat z czasem pochłonął i jej rodzinę.

 

- W Stambule żyliśmy po europejsku. Chodziło się na tańce, do kina. W domu na półkach stały książki Dostojewskiego i klasyków literatury amerykańskiej. Mój ojciec był za świecką Turcją, cenił wolność. Dopiero tutaj stał się konserwatystą.

 

Dlaczego? Lata 60. to w Niemczech czas rewolucji obyczajowej. Na billboardach i w magazynach królują kobiety w bikini, na listach bestsellerów takie książki jak "Seks grupowy w Niemczech" albo poradniki, jak szczęśliwie żyć w trójkącie. Modne są słowa: emancypacja, liberalizacja, wyzwolenie (od małżeństwa i rodziny).

 

- Jak wielu Turków mój ojciec doszedł do wniosku, że rewolucja seksualna zagraża rodzinie. A rodzina jest najważniejsza. Rozczarowany Niemcami w końcu wrócił do Turcji - mówi Kelek. - Gdyby nie to, nigdy nie poszłabym na studia.

 

Wcześniej niemal na własnej skórze przekonała się, jak bardzo zmieniła go emigracja. Miała 17 lat, kiedy stanął przed drzwiami jej pokoju z siekierą.

 

Siekiera w tureckim domu oznacza śmierć.

 

Drzwi poszły w drzazgi, Kelek zdążyła uciec. Ojciec krzyczał za nią, że na drugi raz powinna wyjść z pokoju i go przywitać, kiedy wraca z pracy. I że nie będzie już dłużej znosił takiego braku szacunku.

 

Adres

 

- Problemy mają najlepsze dziewczyny - mówi Gabriela Hanemann, która prowadzi świetlicę dla dziewcząt MaDonna, kilka przecznic od miejsca, w którym zginęła Hatun Sürücü. - Ambitne, inteligentne, takie, które chcą się uczyć i prowadzić niezależne życie.

 

Eva K. z organizacji Papatya, która pomaga dziewczynom z rodzin imigranckich, mówi, że od 1996 roku w Niemczech doszło do 130 zabójstw honorowych. Ostatnie miało miejsce w lutym tego roku. Małżeństwo z Hesji zabiło swoją trzynastoletnią córkę, a ciało zakopało w lesie. Powód: miała chłopaka.

 

- Nie ma dnia, żeby nasze pracownice nie odbierały telefonów od dziewczyn, które boją się o swoje życie - mówi Eva K.

Jeśli sytuacja jest poważna, proponują miejsce w schronisku. To cztery pokoje w Berlinie, w mieszkaniu, którego adres zna tylko kilka osób. Obowiązują zasady: żadnych telefonów komórkowych (rodzina mogłaby nękać dziewczynę albo ją namierzyć), żadnych odwiedzin, zakaz wychodzenia po siódmej wieczorem (w ciągu dnia tylko w towarzystwie kogoś z organizacji).

 

- Nie pomagamy w ucieczce. Dziewczyna musi ją sama zorganizować, nawet jeśli musi dostać się do Berlina z drugiego końca Niemiec. Jeśli się jej uda, wiemy, że ma szanse na samodzielne życie - tłumaczy Eva K. Do tej pory Papatya pomogła 1800 dziewczynom.

 

Nie wszystkim się udało. Selma Uzun była w schronisku tylko tydzień. Jej ojciec przyszedł do urzędu do spraw młodzieży i płakał, że się obleje benzyną i podpali, jeśli nie zwrócą mu córki. - Rodziny w takiej sytuacji próbują wszystkiego. Mówią, że matka umiera, ojciec miał zawał, ukochana siostra trafiła do szpitala - opowiada Eva K. - To tylko wybieg. Dziewczyna już uciekła, dowiedzieli się dalsi krewni i sąsiedzi. Teraz chodzi tylko o to, żeby odzyskać honor, nie córkę. Zawsze przed tym ostrzegamy.

 

Ale Selma bardzo chciała wierzyć ojcu. Przecież w urzędzie sam wziął kartkę papieru i napisał, że zgadza się, aby córka została w Berlinie i dalej chodziła do szkoły. Własnym podpisem poświadczył, że nie wyśle jej do Turcji i nie wyda za kuzyna, którego nigdy nie widziała na oczy.

 

Kilka miesięcy później już nie żyła.

 

Kto będzie Fatimą

 

Pod tablicą jest scena, staną na niej ojciec i syn. Znudzeni uczniowie podniosą głowy dopiero wtedy, kiedy ten pierwszy zacznie krzyczeć, a drugi skuli się niepewnie, jakby słowo mogło uderzyć. - Gdzie twoja siostra? Miałeś jej pilnować, a cały dzień grasz w jakieś głupie gry!

 

- Nie wiem, może wyszła z przyjaciółmi.

 

- Wyszła?! Jest szósta wieczór, co z ciebie za mężczyzna, że pozwalasz jej włóczyć się po mieście. Idź jej szukać, ale już!

 

Syn niechętnie wstanie, przejdzie na drugi koniec sali. Tam już stoi grupka osób, zaczyna się druga scena.

 

- Fatima, do domu!

 

- Jestem z koleżankami, o co ci chodzi?

 

- Masz wracać do domu, i to już, idiotko! - powtarza syn i łapie za ramię jedną z osób. Szarpanina trwa kilka minut. Koniec sceny, cisza.

Deniz (grał ojca) mówi, że w tym momencie widzi, jak uczniowie zaczynają myśleć. Chłopcy pewnie nieraz słyszeli, że mają śledzić każdy krok własnej siostry, a dziewczyny musiały się tłumaczyć z wyjścia do galerii handlowej. Deniz chciałby, żeby cała klasa się zastanowiła, czy to jest OK. - Nie robię im wykładów o równości płci i prawach człowieka. Mówię: patrzcie, jestem taki jak wy - mam brodę, jestem Turkiem, wychowałem się tutaj, w Neukölln. Pogadajmy.

 

Gokay (grał syna): - Niektórzy patrzą na nas spode łba, siedzą tyłem do sceny. To są ci, na których najbardziej nam zależy. U nich może się zacząć największa zmiana.

 

Fatimę gra zawsze ochotnik z klasy. To jedyna rola kobieca, więc Deniz i Gokay wybierają do niej chłopaka. Pytają: "Jak się czułeś, kiedy brat szarpał cię przy koleżankach?". Chłopcy odpowiadają: "Straszny wstyd, upokorzenie, żenada", "Jakby nikt się ze mną nie liczył".

 

- Wielu z nich po raz pierwszy musiało postawić się w sytuacji kobiety - mówi Deniz. - I to już jest sukces.

 

Gokay i Deniz wychowali się na tym samym podwórku na Neukölln. Dziś pierwszy studiuje inżynierię lotniczą, drugi - socjologię. Wkurza ich, że kiedy imigrant zrobi coś złego, zaraz napiszą o tym wszystkie media. O takich jak oni, spokojnych, nikt się nie zająknie.

 

- To nie znaczy, że nie ma problemów - mówi Gokay. - W szkole nieraz słyszałem: "Ej, twoja siostra ma chłopaka, masz zamiar to tak zostawić?". Albo taka historia: dziewczynę wysyłają do Turcji, bo ją obiecali jakiemuś kuzynowi.

 

- Tyle że o tym się nie rozmawia - przyznaje Deniz. - Bo jak?

 

Dlatego teraz wyłapują młodych chłopaków z rodzin muzułmańskich i namawiają, żeby przyszli na spotkanie Heroes. To organizacja, która powstała po śmierci Hatun.

 

Gokay: - Kiedy odgrywamy pierwszą scenkę, zawsze pojawiają się głosy: "Dobrze zrobił, należało się dziewczynie". Wtedy zaczynamy drążyć.

Deniz: - Pytamy: "Co to jest honor?". Ktoś powie: "Rodzina". A jak ktoś nie ma rodziny, to znaczy, że nie ma honoru? Inna odpowiedź: "Dziewictwo mojej siostry". Zaraz, bracie, a twoje dziewictwo nie jest warte tyle samo?

 

Gokay: - Wiadomo, że nikt w godzinę nie zmieni przekonań, które mu wpajano przez piętnaście lat. Chcemy rzucić pierwszą iskrę, która otworzy im głowy.

 

Włosy

 

- Seyran po turecku znaczy "podróż", Ateş - "ogień". Niezwykłe, jak los potrafi być zapisany w imieniu i nazwisku - mówi Seyran.

 

Dla jej rodziców zamach na życie córki to był znak: gdyby nie uciekła z domu, nic by się nie stało. Ona widzi to inaczej: ma 21 lat, studiuje prawo, w wolnym czasie udziela porad tureckim kobietom. Chcieli ją zabić, a to znaczy, że się jej boją. To jej dodaje energii; teraz ona będzie karmić się ich strachem.

 

Na razie musi spędzić kilka tygodni w szpitalu. Kiedy przy jej łóżku spotykają się tureccy krewni i niemieccy przyjaciele, jedni stają zawsze po lewej, drudzy po prawej stronie. Jakby oddzielał ich niewidzialny mur. Nie obywa się bez awantur. Ojciec Seyran uważa, że jej chłopak powinien wychodzić na czas jego odwiedzin. - Mało nie zginęłam, a jego najbardziej obchodziło to, że jego córka spotyka się z jakimś mężczyzną, w dodatku Niemcem.

 

Jeszcze próbuje ułożyć się z rodziną. Uzgadniają, że dopóki nie wróci do zdrowia, zamieszka w domu. Matka pomaga się jej kąpać, dostrzega, że Seyran się nie goli. Muzułmańska tradycja uznaje owłosienie na ciele kobiety za nieczyste, feminizm wręcz przeciwnie, dochodzi więc do kłótni i płaczu.

 

- Zrozumiałam, że moja rodzina nie zmieni się ot tak. Że to może zająć dziesięć, dwadzieścia lat - mówi. - Ojciec powiedział mi: "Ja wiem, że ty chcesz żyć po swojemu, ale ja mam tu krewnych i sąsiadów. Moje życie zależy od tego, co oni myślą i mówią".

 

Ich drogi muszą się rozejść.

 

Ponad 20 lat później, w ciepły czerwcowy dzień, Seyran rozmawia na stacji metra Möckernbrücke z klientką, której pomaga w sprawie rozwodowej. Na peron wpada mąż kobiety i rzuca się na nie z pięściami. Obok stoi wielu mężczyzn, przypatrują się, żaden nie reaguje. To w większości tureccy imigranci.

 

Piszą do niej: niech przestanie obrażać islam i Turków. Życzą, żeby zdechła, bo jak nie, to sami poderżną jej gardło. Policja przyznaje jej ochronę: dwóch funkcjonariuszy dzień i noc stoi przed jej domem. Znowu nie może zrobić kroku bez mężczyzny. Być może i teraz by się nie złamała, gdyby nie dziecko. Córka ma dwa lata i do żłobka odprowadza ją policjant.

 

Rok po napaści na stacji metra Seyran oddaje licencję prawnika, przestaje wypowiadać się w mediach. Liczy, że jeśli zniknie, dadzą jej spokój.

 

Oko matki

 

Rollberg to kwartał ulic na Neukölln. 90 proc. mieszkańców to imigranci - głównie przybysze z Turcji i krajów arabskich. Ponad połowa żyje z zasiłków. W okolicy jest kilka meczetów, tureckie delikatesy, bary z kebabem. To cały świat Fatmy, która ma lat 13 i włosy starannie upięte pod chustą.

 

Zimą między komunalnymi blokami hula wiatr, ale wiosną przed bloki wychodzą matki. Czujne oko matki widzi wszystko: gdzie idzie Fatma i z kim, na kogo patrzy i jak. Tam gdzie oko matki nie sięga, posyła się brata. Braci Fatma ma trzech, więc jest strzeżona potrójnie. Oni wiedzą, z kim Fatma chodzi do klasy, z kim się przyjaźni, o której odjeżdża autobus, który powinien zawieźć ją domu, żeby nie stała pod szkołą i nie chichotała do chłopaków jak jakaś niemiecka schlampe.

 

Na Rollbergu wszyscy się znają, tu każdy jest czyimś kuzynem; dwa dni wystarczą, by jedno słowo wypowiedziane nieopatrznie nad filiżanką czaju w ponurym centrum handlowym, gdzie mężczyźni obracają w palcach różańce, zatoczyło koło nad osiedlem i uderzyło w najmniej spodziewanym momencie. Fatmy pilnują, ale i ona ma się na baczności. Czy nie pamięta, co się stało z Nuriyah? Śliczna była Nuriyah i mądra, chciała zostać nauczycielką, ale zakochała się w chłopaku, który w ogóle nie był jej przeznaczony. Przez pięć lat udawało im się to ukrywać przed rodzinami. Jak się spotykali i gdzie, tego Fatma nie wie, a może wiedzieć nie chce. O tym, że na Nuriyah wydano wyrok, pierwsza powiedziała kobieta z jej rodziny. Matka? Siostra? Kuzynka? - tego nikt nie wie, bo takie wiadomości powtarza się szeptem, licząc na to, że dojdą do uszu kogoś, kto znajdzie ratunek. I tak Nuriyah uciekła, najpierw sama, potem dołączył chłopak - nie był już na Rollbergu bezpieczny.

 

- I jak ona to mogła zrobić swoim rodzicom? - powie Fatma. Im dłużej nie ma Nuriyah, tym częściej Fatma myśli o niej tak jak bracia.

 

Miłość? Matka Fatmy mówi: "Miłość przychodzi i odchodzi, a krew zostaje". Krew to rodzina, bez niej nie ma życia. Z rodziną nie da się zerwać trochę, tak jak nie da się trochę umrzeć. "Jesteśmy Turkami i muzułmanami - mówi jeszcze matka. - Tak jest nasz świat urządzony".

 

A Niemcy? Ostatnio ojciec zawołał ją przed telewizor. Przez miasto szła demonstracja, ludzie krzyczeli: "Obcokrajowcy won!". "Pegida - splunął. - Patrz i zapamiętaj: z ciebie żadna Niemka. Tacy jak oni zaraz każą się nam wynosić".

 

Matura

 

Nuriyah najpierw musiała uciekać z Rollbergu, potem z Berlina, a w końcu z Niemiec. Dziś mieszka za granicą (gdzie dokładnie, musi pozostać tajemnicą). Nadal jest ze swoim chłopakiem.

 

Zanim uciekła, przychodziła do MaDonny. Świetlica wyróżnia się na tle szarych bloków: na ścianach różowe graffiti, w oknach plakaty.

 

- Zdarzało się, że przychodziłam do pracy, a tu wybite okna. Nie wiem, ile razy na ścianie pisali nam "kurwy" - opowiada Gabriela Hanemann, która szefuje świetlicy. W meczetach jej nie lubią. Kiedyś próbowała rozmawiać, spluwali pod nogi. Dała spokój. Czasem ktoś jej doniesie, że imam znowu ostrzegał, żeby nie przysyłać do niej dzieci, bo je przerobi na Niemców.

 

- Tylko co to właściwie znaczy? - irytuje się Gabriela. - Te dziewczyny i tak mają już niemieckie paszporty. Tymczasem okazuje się, że choć urodziły się w Berlinie, nigdy nie były w kinie ani na basenie. Kiedy pytam: "Co chcecie robić w piątek?", odpowiadają: "Ty decyduj, Gabi". Nie przyszło im do głowy, że mogą czegoś chcieć. Dopiero tutaj je tego uczymy.

 

- I rodzice się na to zgadzają?

 

- Rodzice przysyłają je tutaj, żeby się uczyły i odrabiały lekcje. Zależy im na dobrych stopniach. Chociaż i z tym bywa różnie. Mamy teraz dziewczynkę z tureckiej rodziny, która bardzo chce zrobić maturę. Jej matka ma 35 lat i ośmioro dzieci; została wydana za mąż w wieku 13 lat. Bardzo wspiera córkę i chce, żeby choć ona miała inne życie, ale jest problem: na maturę nie zgadza się ojciec. I ta matka się boi, że jeśli go nie posłuchają, to on je obie zabije.

 

Razem, ale osobno

 

Jak to możliwe, że w XXI wieku w stolicy dużego europejskiego kraju komuś może grozić śmierć za zrobienie matury? Seyran Ateş mówi, że winę ponosi multikulti. - Polityczny system, który głosi, że różne kultury mogą żyć obok siebie, w jednym kraju, a nawet mieście, zupełnie się nie mieszając. Czyli Polacy osobno, Rosjanie osobno, Turcy osobno.

 

Multikulti w wydaniu niemieckim, mówi Ateş, trzyma się mocno, bo Niemcy - z racji swojej historii - nie chcą być oskarżani o rasizm. - Nie pozwalają sobie na krytykowanie innych kultur, nawet jeśli w te kultury wpisane są obyczaje sprzeczne z prawami człowieka. Ale jak wtedy walczyć np. z przymusowymi małżeństwami?

 

Potwierdza to Hanemann. - Kiedy 30 lat temu otworzyłyśmy MaDonnę na Neukölln, nie było tu żadnego niemieckiego pracownika społecznego. Opowiadałam, że mamy przemoc, przymusowe małżeństwa, a oni: "Jak możesz być taką rasistką!". W tym samym czasie przychodziły do mnie tureckie kobiety i mówiły: "Wy, Niemcy, jesteście fajni, ale tacy głupi. Tacy naiwni. W ogóle nie macie pojęcia, co się tu dzieje".

 

Necla Kelek uważa, że mit multikulti ucierpiał mocno dziesięć lat temu, po śmierci Hatun Sürücü. Ona sama w tym samym roku wydała książkę "Die fremde Braut" (Obca panna młoda), w której opisuje los tureckich dziewczyn sprowadzanych do Niemiec jako żony dla imigrantów. Książka wywołała dyskusję, wypowiadał się o niej sam minister spraw wewnętrznych. Od jej wydania Kelek nie ma wstępu do żadnego meczetu. Przeciwnicy mówią o niej "fundamentalistka oświecenia". - Jedyne, czego się domagam od niemieckiego państwa, to równe traktowanie. Dlaczego mamy tolerować pewne rzeczy tylko dlatego, że dzieją się w społeczności tureckiej?

 

Język

 

W 2011 roku premier Turcji Recep Erdogan przyjeżdża z wizytą do Niemiec. Do swoich rodaków ma jedno przesłanie: "Nie asymilujcie się". Krótko przed tą wizytą Seyran Ateş dostaje maila: "Jeśli nie przestaniesz mówić źle o tureckich muzułmanach, obetniemy ci język". - Pomyślałam, że skoro mogę zginąć za milczenie, to już wolę coś robić.

 

Rok później znów pracuje z kobietami, jako prawniczka. Udziela się w mediach, pisze książki. Rezygnuje z tureckiego obywatelstwa. - Oddałam paszport, ale nie tożsamość - mówi. - To nie jest ruch przeciwko Turcji, tylko za Niemcami.

 

Maile od rodaków, którzy życzą jej śmierci, przychodzą cały czas. Zmieniło się jedynie to, że niektórzy piszą po niemiecku.

 

 

EN

PL

 

Stowarzyszenie Reporterów - Rekolektyw.pl - 2016

Rekolektyw.pl logo.png

Katarzyna Brejwo

 

Tylko nie matura, córeczko

 

Wyrok wykonali bracia dziewczyny: najstarszy zorganizował broń, średni wywabił ją z domu, najmłodszy strzelił

 

Seyran Ateş już raz minęła się ze śmiercią. - Kilka milimetrów dalej i byłoby po pani - powiedział lekarz, oglądając rentgen.

 

Dlatego teraz miejsce spotkania wybiera starannie: na Rosentaler Strasse jest turecka knajpa. Właściciel to przyjaciel. Zawsze trzyma dla niej ten sam stolik, tak ustawiony, że widać całą salę i pół ulicy. Tamtego dnia przyszła rano do biura, zaparzyła kawę. Zaniepokoił ją męski głos w korytarzu. Miały przecież zasadę: żadnych mężczyzn w środku. Kobiety, które szukały u nich pomocy, pochodziły z tradycyjnych, muzułmańskich rodzin. Już samo to, że odwiedziły prawnika, mogło sprowadzić na nie gniew męża albo ojca. Ten męski głos pytał o Leylę. Nie dał się przekonać, że żadna Leyla nigdy tu nie pracowała. Koleżanka poprosiła, żeby poczekał na zewnątrz: "Tam pana obsłużymy". Nie słuchał. Kiedy wpadł do gabinetu, Seyran zdążyła zauważyć: Turek w średnim wieku, beżowy prochowiec. "To zajmie tylko chwilę" - powiedział. Oddał trzy strzały.

 

Seyran dostała w szyję. Szczęśliwie kula nie przeszła na wylot, utkwiła między czwartym a piątym kręgiem. Dziewczyna, z którą tamtego dnia siedziała w gabinecie, miała na imię Neriman. Do biura przyniosła dokumenty potrzebne do pracy, chciała je przetłumaczyć. Zginęła na miejscu.

 

- Czy mogłam to przewidzieć? - pyta Seyran. - Nieraz myślałam: gdybym to samo robiła w Turcji, już byłabym martwa. Ale przecież jesteśmy w Berlinie.

 

Kolejka do łazienki

 

Zachodnie Niemcy potrzebują robotników. W 1961 roku podpisują umowę z Turcją, a specjalnie podstawione pociągi wiozą z Ankary i Stambułu setki tysięcy mężczyzn i kobiet, którzy staną przy taśmach w fabrykach od Hamburga po Monachium. Rząd i dziennikarze z zachwytem witają napływ siły roboczej "od 18 do 45 lat, w najlepszym wieku produkcyjnym", która ma napędzać wygłodniałą gospodarkę.

 

W 1969 roku dyrektor agencji pracy z wielką pompą wita na peronie w Monachium milionowego gastarbeitera. Ismail Bahadir, 24-latek z Konyi, uśmiecha się do kamery, po czym odjeżdża do Frankfurtu, gdzie za pensję w wysokości 730 marek będzie składał części do silników.

 

W tym samym roku na dworcu w Stambule do pociągu wsiada Seyran. Ma sześć lat i jeszcze nigdy nie jechała tak daleko - do Berlina to aż trzy dni drogi. Tymczasem ledwo ruszyli, a matka zaczyna krwawić. Na szczęście w pociągu jest pielęgniarka, która sprawnie przyjmie to, co zostało z ciąży, i zawinie w chustę. Matka czuje ulgę: lekarz niechętnie zapisał tabletki na poronienie, mówił, że czwarty miesiąc to za późno.

 

Tłumaczyła mu, że nie dadzą z mężem rady. Wyjechali do Niemiec raptem rok temu i nic im się jeszcze nie udało odłożyć. W fabryce Siemensa płacą marnie, a życie w Berlinie drogie. Z mieszkaniem też nie było łatwo, bo nie każdy Niemiec wynajmie Turkowi. Wzięli, co było: jeden pokój z kuchnią na Wedding. Łazienka na półpiętrze, wspólna dla czterech mieszkań, więc czasem trzeba swoje odstać w kolejce. Pokój zamykają na klucz, bo przez ich korytarz wchodzi się do innego mieszkania. Niemka jest miła i mówi "dzień dobry", ale już sąsiad poniżej z byle powodu grozi, że wezwie policję i ich, "zasranych obcokrajowców", wyrzuci. Starają się być cicho. "W końcu jesteśmy tu tylko gośćmi" - będą tłumaczyć dzieciom.

 

Dzieci mają pięcioro, rodziły się jeszcze w Turcji. Matka Seyran właśnie po to przyjechała, żeby je sprowadzić do Berlina. Na szóste nie mają już ani pieniędzy, ani serca.

 

Kiedy pociąg wytoczy się na równiny, zawiniątko z przedziału wyląduje za oknem.

 

Walizka

 

Seyran mieszka w Berlinie, ale jakby nigdy nie opuściła Turcji. Wychodzić może tylko przed dom, piętnaście metrów w jedną, piętnaście w drugą stronę, nie dalej niż do szewca naprzeciwko (szewc jest Turkiem z ich rodzinnej wioski). Koleżanek z klasy odwiedzać jej nie wolno, bo to Niemki, a kto to wie, co się dzieje w niemieckich domach? Do niej też nikt nie przychodzi. Zresztą kiedy? - Od rana do wieczora nic tylko prałam, sprzątałam, gotowałam - mówi Seyran.

 

Kiedy ojciec klei tapety w pokoju, to ją woła do pomocy. Kiedy trzeba rano zrobić śniadanie dla rodziny, Seyran zrywa się pierwsza. Nosi braciom wodę do mycia. Kemal, najstarszy, lubi myć włosy codziennie. Niech tylko Seyran trochę rozleje, będzie bił. Bije za wszystko: bo kurtka spadła z wieszaka, bo się głupio zaśmiała. Jeśli Seyran płacze, bije ją jeszcze mocniej. Kiedy poskarży się rodzicom, powiedzą, że na pewno musiała czymś zasłużyć. Jednak i matce zdarza się ją uderzyć. - Raz przyłapała mnie z książką. "Od tego twojego czytania dom się nie posprząta!" - krzyczała. Sama nauczyła się czytać dopiero po pięćdziesiątce, jak przeszła na rentę. Wcześniej tureckie gazety czytał jej ojciec.

 

Rodzice nie znają niemieckiego, więc kiedy trzeba coś załatwić w urzędzie, zabierają córkę (już po pierwszym roku w przedszkolu mówi całkiem płynnie). Urzędnicy dzielą się na dwie grupy: jedni Turków ignorują, inni na nich krzyczą. Trzeba to znosić spokojnie, bo nic się nie załatwi. W szkole Seyran ma same jedynki (to w Niemczech najwyższa ocena) i kiedy jako jedyna podnosi rękę do odpowiedzi, nauczyciel grzmi: "Widzicie? Turczynka wie, a wy nie!". Seyran czuje wstyd (bo czemu miałaby być gorsza od innych dzieci?), a z drugiej strony - dumę. - Po raz pierwszy byłam kimś więcej niż tylko czyjąś córką i siostrą - mówi. - Szkoła i dom to były dwa różne światy.

 

Między tymi światami Seyran przemieszcza się kilka razy dziennie i do każdego przybiera inną twarz. W szkole każą jej myśleć i mówić, w domu - milczeć i słuchać. Budzi się jako turecka dziewczynka, którą można szturchać i wyzywać za byle co, a za progiem domu jest już niemiecką uczennicą - zdolną, ambitną, zdecydowaną. Kandyduje na przewodniczącą samorządu - wygrywa. Czyta szkolny regulamin, znajduje błędy. Wróżą jej, że będzie świetną prawniczką.

 

Z czasem tej drugiej Seyran jest coraz więcej. Nie chce żyć jak matka, ciotki i kuzynki - wydane za mąż przez rodziców, uwięzione w domach. Dopada ją depresja. - Raz Kemal tak strasznie mnie pobił, że chciałam się zabić. Łyknęłam tabletki, na szczęście się nie udało.

 

Michael, szkolny pedagog, przekonuje: śmierć to nie jest żadne wyjście. Jeśli nic nie da się zrobić, niech ucieka z domu. Pytanie tylko: kiedy? Najlepiej poczekać do pełnoletności, nie będą musieli o niczym zawiadamiać urzędu do spraw młodzieży.

 

Ale Seyran nie może tyle czekać. Trzy miesiące przed osiemnastymi urodzinami wychodzi z domu z małą walizką. Rodzina akurat bawi się na weselu, nikt jej nie ściga. Mimo to boi się tak bardzo, że w pokoju, który dostała w schronisku dla młodzieży, przez całą noc pali światło.

Jeszcze nie wie, że właśnie wybrała życie, w którym ten strach będzie z nią zawsze.

 

Mur

 

Czy Hatun Sürücü się bała? Zginęła od kuli 7 lutego 2005 roku na przystanku autobusowym w berlińskim Neukölln. Na zdjęciu, które obiegło Niemcy, ma gęste czarne włosy obcięte poniżej ucha, mocny makijaż, szeroki uśmiech.

 

Hatun wychowała się w Berlinie w rodzinie kurdyjskich imigrantów. Gdy miała 15 lat, rodzice wydali ją za mąż i wysłali do Turcji, ale rozwiodła się i wróciła z synkiem do Berlina. Mieszkała sama, nie zakrywała włosów, chodziła do klubów. Niedługo miała skończyć szkołę zawodową, podobno z kimś się spotykała.

 

Nie wiadomo, która z tych rzeczy została uznana przez jej rodzinę za plamę na honorze. Wyrok wykonali bracia dziewczyny: najstarszy zorganizował broń, średni wywabił ją z domu, najmłodszy strzelił.

 

Jej śmierć wstrząsnęła Niemcami. Gazety pisały: "Zginęła, bo chciała żyć jak jedna z nas", "To jest nasz 11 września". "Oto wyrósł nowy mur berliński". Premier Bawarii (z konserwatywnej partii CSU) ogłosił, że imigrantów, którzy nie chcą się integrować, należy natychmiast odesłać tam, skąd przyjechali. Rzecznik CDU poszedł dalej - nie chciał ich odsyłać, lecz sądzić i karać (a ponieważ w niemieckim prawie nie ma paragrafu na odmowę integracji, należało go stworzyć).

 

Kiedy prawica straszyła i groziła, lewica biła się w piersi. Przypominano, że Niemcy nigdy nie dorobiły się polityki imigracyjnej z prawdziwego zdarzenia. Że kolejne rządy zachowywały się tak, jakby Niemcy były krajem jedynie rdzennych Niemców.

 

Dla ukojenia podawano przykłady pozytywne: polityk Zielonych Cem Özdemir, piłkarz Halil Altintop, prezenterka Nazan Eckes, reżyser Fatih Akin, komik Bülent Ceylan, urzędnicy, artyści, naukowcy i pisarze o znanych tureckich nazwiskach, doskonale zintegrowani z niemieckim społeczeństwem.

 

Dlaczego im się udało, a innym nie?

 

Szacunek

 

- Niemiecka gospodarka potrzebowała głównie niewykwalifikowanych robotników. Przyjeżdżali niepiśmienni chłopi z Anatolii, bez wykształcenia, bez znajomości języka - mówi Necla Kelek, socjolożka z Berlina, która zajmuje się problemami tureckiej imigracji. Jej rodzina przyjechała do Niemiec ze Stambułu w 1968 roku. Kelek miała wtedy 11 lat.

 

- Integracja? Nikt sobie takimi rzeczami nie zawracał głowy. "Gastarbeiter" znaczy przecież dosłownie "gościnny pracownik", czyli ktoś, kto popracuje kilka lat, a potem wróci do siebie. Gastarbeiterzy nie musieli nawet uczyć się języka, bo w każdym zakładzie zatrudniony był tłumacz. Ich zadaniem było pracować. Tym, co działo się w ich domach i głowach, nikt się nie interesował.

 

Tureccy imigranci wynajmowali mieszkania w tanich dzielnicach - na Kreuzbergu, Neukölln, Wedding - i budowali świat podobny do tego, który właśnie opuścili. W centrum tego świata była rodzina. Zdarzało się, że całe wioski osiedlały się na jednej ulicy, odtwarzając ten sam porządek sympatii i sporów, jaki rządził ich życiem w ojczyźnie. Sprowadzali dzieci, rodziców, kuzynów. A także panny młode.

 

- Gdy ktoś z sąsiedztwa się żenił, moja matka kupowała ładny wazon i szło się w odwiedziny. Na kanapie w salonie siedziała panna młoda umalowana i wystrojona jak lalka - mówi Kelek. - Nie znała ani słowa po niemiecku, często nawet nie miała pojęcia, gdzie właściwie jest. Zapytałam kiedyś taką dziewczynę, jak zamierza sobie poradzić w nowej ojczyźnie. Powiedziała, że Niemcy nie są jej do niczego potrzebne.

 

Tak właśnie, zdaniem Kelek, powstało w Niemczech społeczeństwo równoległe: odrębny świat, z własnym językiem, prawami i zwyczajami. Można było wyjechać z Turcji i zarazem wcale jej nie opuścić. Ten świat z czasem pochłonął i jej rodzinę.

 

- W Stambule żyliśmy po europejsku. Chodziło się na tańce, do kina. W domu na półkach stały książki Dostojewskiego i klasyków literatury amerykańskiej. Mój ojciec był za świecką Turcją, cenił wolność. Dopiero tutaj stał się konserwatystą.

 

Dlaczego? Lata 60. to w Niemczech czas rewolucji obyczajowej. Na billboardach i w magazynach królują kobiety w bikini, na listach bestsellerów takie książki jak "Seks grupowy w Niemczech" albo poradniki, jak szczęśliwie żyć w trójkącie. Modne są słowa: emancypacja, liberalizacja, wyzwolenie (od małżeństwa i rodziny).

 

- Jak wielu Turków mój ojciec doszedł do wniosku, że rewolucja seksualna zagraża rodzinie. A rodzina jest najważniejsza. Rozczarowany Niemcami w końcu wrócił do Turcji - mówi Kelek. - Gdyby nie to, nigdy nie poszłabym na studia.

 

Wcześniej niemal na własnej skórze przekonała się, jak bardzo zmieniła go emigracja. Miała 17 lat, kiedy stanął przed drzwiami jej pokoju z siekierą.

 

Siekiera w tureckim domu oznacza śmierć.

 

Drzwi poszły w drzazgi, Kelek zdążyła uciec. Ojciec krzyczał za nią, że na drugi raz powinna wyjść z pokoju i go przywitać, kiedy wraca z pracy. I że nie będzie już dłużej znosił takiego braku szacunku.

 

Adres

 

- Problemy mają najlepsze dziewczyny - mówi Gabriela Hanemann, która prowadzi świetlicę dla dziewcząt MaDonna, kilka przecznic od miejsca, w którym zginęła Hatun Sürücü. - Ambitne, inteligentne, takie, które chcą się uczyć i prowadzić niezależne życie.

 

Eva K. z organizacji Papatya, która pomaga dziewczynom z rodzin imigranckich, mówi, że od 1996 roku w Niemczech doszło do 130 zabójstw honorowych. Ostatnie miało miejsce w lutym tego roku. Małżeństwo z Hesji zabiło swoją trzynastoletnią córkę, a ciało zakopało w lesie. Powód: miała chłopaka.

 

- Nie ma dnia, żeby nasze pracownice nie odbierały telefonów od dziewczyn, które boją się o swoje życie - mówi Eva K.

Jeśli sytuacja jest poważna, proponują miejsce w schronisku. To cztery pokoje w Berlinie, w mieszkaniu, którego adres zna tylko kilka osób. Obowiązują zasady: żadnych telefonów komórkowych (rodzina mogłaby nękać dziewczynę albo ją namierzyć), żadnych odwiedzin, zakaz wychodzenia po siódmej wieczorem (w ciągu dnia tylko w towarzystwie kogoś z organizacji).

 

- Nie pomagamy w ucieczce. Dziewczyna musi ją sama zorganizować, nawet jeśli musi dostać się do Berlina z drugiego końca Niemiec. Jeśli się jej uda, wiemy, że ma szanse na samodzielne życie - tłumaczy Eva K. Do tej pory Papatya pomogła 1800 dziewczynom.

 

Nie wszystkim się udało. Selma Uzun była w schronisku tylko tydzień. Jej ojciec przyszedł do urzędu do spraw młodzieży i płakał, że się obleje benzyną i podpali, jeśli nie zwrócą mu córki. - Rodziny w takiej sytuacji próbują wszystkiego. Mówią, że matka umiera, ojciec miał zawał, ukochana siostra trafiła do szpitala - opowiada Eva K. - To tylko wybieg. Dziewczyna już uciekła, dowiedzieli się dalsi krewni i sąsiedzi. Teraz chodzi tylko o to, żeby odzyskać honor, nie córkę. Zawsze przed tym ostrzegamy.

 

Ale Selma bardzo chciała wierzyć ojcu. Przecież w urzędzie sam wziął kartkę papieru i napisał, że zgadza się, aby córka została w Berlinie i dalej chodziła do szkoły. Własnym podpisem poświadczył, że nie wyśle jej do Turcji i nie wyda za kuzyna, którego nigdy nie widziała na oczy.

 

Kilka miesięcy później już nie żyła.

 

Kto będzie Fatimą

 

Pod tablicą jest scena, staną na niej ojciec i syn. Znudzeni uczniowie podniosą głowy dopiero wtedy, kiedy ten pierwszy zacznie krzyczeć, a drugi skuli się niepewnie, jakby słowo mogło uderzyć. - Gdzie twoja siostra? Miałeś jej pilnować, a cały dzień grasz w jakieś głupie gry!

 

- Nie wiem, może wyszła z przyjaciółmi.

 

- Wyszła?! Jest szósta wieczór, co z ciebie za mężczyzna, że pozwalasz jej włóczyć się po mieście. Idź jej szukać, ale już!

 

Syn niechętnie wstanie, przejdzie na drugi koniec sali. Tam już stoi grupka osób, zaczyna się druga scena.

 

- Fatima, do domu!

 

- Jestem z koleżankami, o co ci chodzi?

 

- Masz wracać do domu, i to już, idiotko! - powtarza syn i łapie za ramię jedną z osób. Szarpanina trwa kilka minut. Koniec sceny, cisza.

Deniz (grał ojca) mówi, że w tym momencie widzi, jak uczniowie zaczynają myśleć. Chłopcy pewnie nieraz słyszeli, że mają śledzić każdy krok własnej siostry, a dziewczyny musiały się tłumaczyć z wyjścia do galerii handlowej. Deniz chciałby, żeby cała klasa się zastanowiła, czy to jest OK. - Nie robię im wykładów o równości płci i prawach człowieka. Mówię: patrzcie, jestem taki jak wy - mam brodę, jestem Turkiem, wychowałem się tutaj, w Neukölln. Pogadajmy.

 

Gokay (grał syna): - Niektórzy patrzą na nas spode łba, siedzą tyłem do sceny. To są ci, na których najbardziej nam zależy. U nich może się zacząć największa zmiana.

 

Fatimę gra zawsze ochotnik z klasy. To jedyna rola kobieca, więc Deniz i Gokay wybierają do niej chłopaka. Pytają: "Jak się czułeś, kiedy brat szarpał cię przy koleżankach?". Chłopcy odpowiadają: "Straszny wstyd, upokorzenie, żenada", "Jakby nikt się ze mną nie liczył".

 

- Wielu z nich po raz pierwszy musiało postawić się w sytuacji kobiety - mówi Deniz. - I to już jest sukces.

 

Gokay i Deniz wychowali się na tym samym podwórku na Neukölln. Dziś pierwszy studiuje inżynierię lotniczą, drugi - socjologię. Wkurza ich, że kiedy imigrant zrobi coś złego, zaraz napiszą o tym wszystkie media. O takich jak oni, spokojnych, nikt się nie zająknie.

 

- To nie znaczy, że nie ma problemów - mówi Gokay. - W szkole nieraz słyszałem: "Ej, twoja siostra ma chłopaka, masz zamiar to tak zostawić?". Albo taka historia: dziewczynę wysyłają do Turcji, bo ją obiecali jakiemuś kuzynowi.

 

- Tyle że o tym się nie rozmawia - przyznaje Deniz. - Bo jak?

 

Dlatego teraz wyłapują młodych chłopaków z rodzin muzułmańskich i namawiają, żeby przyszli na spotkanie Heroes. To organizacja, która powstała po śmierci Hatun.

 

Gokay: - Kiedy odgrywamy pierwszą scenkę, zawsze pojawiają się głosy: "Dobrze zrobił, należało się dziewczynie". Wtedy zaczynamy drążyć.

Deniz: - Pytamy: "Co to jest honor?". Ktoś powie: "Rodzina". A jak ktoś nie ma rodziny, to znaczy, że nie ma honoru? Inna odpowiedź: "Dziewictwo mojej siostry". Zaraz, bracie, a twoje dziewictwo nie jest warte tyle samo?

 

Gokay: - Wiadomo, że nikt w godzinę nie zmieni przekonań, które mu wpajano przez piętnaście lat. Chcemy rzucić pierwszą iskrę, która otworzy im głowy.

 

Włosy

 

- Seyran po turecku znaczy "podróż", Ateş - "ogień". Niezwykłe, jak los potrafi być zapisany w imieniu i nazwisku - mówi Seyran.

 

Dla jej rodziców zamach na życie córki to był znak: gdyby nie uciekła z domu, nic by się nie stało. Ona widzi to inaczej: ma 21 lat, studiuje prawo, w wolnym czasie udziela porad tureckim kobietom. Chcieli ją zabić, a to znaczy, że się jej boją. To jej dodaje energii; teraz ona będzie karmić się ich strachem.

 

Na razie musi spędzić kilka tygodni w szpitalu. Kiedy przy jej łóżku spotykają się tureccy krewni i niemieccy przyjaciele, jedni stają zawsze po lewej, drudzy po prawej stronie. Jakby oddzielał ich niewidzialny mur. Nie obywa się bez awantur. Ojciec Seyran uważa, że jej chłopak powinien wychodzić na czas jego odwiedzin. - Mało nie zginęłam, a jego najbardziej obchodziło to, że jego córka spotyka się z jakimś mężczyzną, w dodatku Niemcem.

 

Jeszcze próbuje ułożyć się z rodziną. Uzgadniają, że dopóki nie wróci do zdrowia, zamieszka w domu. Matka pomaga się jej kąpać, dostrzega, że Seyran się nie goli. Muzułmańska tradycja uznaje owłosienie na ciele kobiety za nieczyste, feminizm wręcz przeciwnie, dochodzi więc do kłótni i płaczu.

 

- Zrozumiałam, że moja rodzina nie zmieni się ot tak. Że to może zająć dziesięć, dwadzieścia lat - mówi. - Ojciec powiedział mi: "Ja wiem, że ty chcesz żyć po swojemu, ale ja mam tu krewnych i sąsiadów. Moje życie zależy od tego, co oni myślą i mówią".

 

Ich drogi muszą się rozejść.

 

Ponad 20 lat później, w ciepły czerwcowy dzień, Seyran rozmawia na stacji metra Möckernbrücke z klientką, której pomaga w sprawie rozwodowej. Na peron wpada mąż kobiety i rzuca się na nie z pięściami. Obok stoi wielu mężczyzn, przypatrują się, żaden nie reaguje. To w większości tureccy imigranci.

 

Piszą do niej: niech przestanie obrażać islam i Turków. Życzą, żeby zdechła, bo jak nie, to sami poderżną jej gardło. Policja przyznaje jej ochronę: dwóch funkcjonariuszy dzień i noc stoi przed jej domem. Znowu nie może zrobić kroku bez mężczyzny. Być może i teraz by się nie złamała, gdyby nie dziecko. Córka ma dwa lata i do żłobka odprowadza ją policjant.

 

Rok po napaści na stacji metra Seyran oddaje licencję prawnika, przestaje wypowiadać się w mediach. Liczy, że jeśli zniknie, dadzą jej spokój.

 

Oko matki

 

Rollberg to kwartał ulic na Neukölln. 90 proc. mieszkańców to imigranci - głównie przybysze z Turcji i krajów arabskich. Ponad połowa żyje z zasiłków. W okolicy jest kilka meczetów, tureckie delikatesy, bary z kebabem. To cały świat Fatmy, która ma lat 13 i włosy starannie upięte pod chustą.

 

Zimą między komunalnymi blokami hula wiatr, ale wiosną przed bloki wychodzą matki. Czujne oko matki widzi wszystko: gdzie idzie Fatma i z kim, na kogo patrzy i jak. Tam gdzie oko matki nie sięga, posyła się brata. Braci Fatma ma trzech, więc jest strzeżona potrójnie. Oni wiedzą, z kim Fatma chodzi do klasy, z kim się przyjaźni, o której odjeżdża autobus, który powinien zawieźć ją domu, żeby nie stała pod szkołą i nie chichotała do chłopaków jak jakaś niemiecka schlampe.

 

Na Rollbergu wszyscy się znają, tu każdy jest czyimś kuzynem; dwa dni wystarczą, by jedno słowo wypowiedziane nieopatrznie nad filiżanką czaju w ponurym centrum handlowym, gdzie mężczyźni obracają w palcach różańce, zatoczyło koło nad osiedlem i uderzyło w najmniej spodziewanym momencie. Fatmy pilnują, ale i ona ma się na baczności. Czy nie pamięta, co się stało z Nuriyah? Śliczna była Nuriyah i mądra, chciała zostać nauczycielką, ale zakochała się w chłopaku, który w ogóle nie był jej przeznaczony. Przez pięć lat udawało im się to ukrywać przed rodzinami. Jak się spotykali i gdzie, tego Fatma nie wie, a może wiedzieć nie chce. O tym, że na Nuriyah wydano wyrok, pierwsza powiedziała kobieta z jej rodziny. Matka? Siostra? Kuzynka? - tego nikt nie wie, bo takie wiadomości powtarza się szeptem, licząc na to, że dojdą do uszu kogoś, kto znajdzie ratunek. I tak Nuriyah uciekła, najpierw sama, potem dołączył chłopak - nie był już na Rollbergu bezpieczny.

 

- I jak ona to mogła zrobić swoim rodzicom? - powie Fatma. Im dłużej nie ma Nuriyah, tym częściej Fatma myśli o niej tak jak bracia.

 

Miłość? Matka Fatmy mówi: "Miłość przychodzi i odchodzi, a krew zostaje". Krew to rodzina, bez niej nie ma życia. Z rodziną nie da się zerwać trochę, tak jak nie da się trochę umrzeć. "Jesteśmy Turkami i muzułmanami - mówi jeszcze matka. - Tak jest nasz świat urządzony".

 

A Niemcy? Ostatnio ojciec zawołał ją przed telewizor. Przez miasto szła demonstracja, ludzie krzyczeli: "Obcokrajowcy won!". "Pegida - splunął. - Patrz i zapamiętaj: z ciebie żadna Niemka. Tacy jak oni zaraz każą się nam wynosić".

 

Matura

 

Nuriyah najpierw musiała uciekać z Rollbergu, potem z Berlina, a w końcu z Niemiec. Dziś mieszka za granicą (gdzie dokładnie, musi pozostać tajemnicą). Nadal jest ze swoim chłopakiem.

 

Zanim uciekła, przychodziła do MaDonny. Świetlica wyróżnia się na tle szarych bloków: na ścianach różowe graffiti, w oknach plakaty.

 

- Zdarzało się, że przychodziłam do pracy, a tu wybite okna. Nie wiem, ile razy na ścianie pisali nam "kurwy" - opowiada Gabriela Hanemann, która szefuje świetlicy. W meczetach jej nie lubią. Kiedyś próbowała rozmawiać, spluwali pod nogi. Dała spokój. Czasem ktoś jej doniesie, że imam znowu ostrzegał, żeby nie przysyłać do niej dzieci, bo je przerobi na Niemców.

 

- Tylko co to właściwie znaczy? - irytuje się Gabriela. - Te dziewczyny i tak mają już niemieckie paszporty. Tymczasem okazuje się, że choć urodziły się w Berlinie, nigdy nie były w kinie ani na basenie. Kiedy pytam: "Co chcecie robić w piątek?", odpowiadają: "Ty decyduj, Gabi". Nie przyszło im do głowy, że mogą czegoś chcieć. Dopiero tutaj je tego uczymy.

 

- I rodzice się na to zgadzają?

 

- Rodzice przysyłają je tutaj, żeby się uczyły i odrabiały lekcje. Zależy im na dobrych stopniach. Chociaż i z tym bywa różnie. Mamy teraz dziewczynkę z tureckiej rodziny, która bardzo chce zrobić maturę. Jej matka ma 35 lat i ośmioro dzieci; została wydana za mąż w wieku 13 lat. Bardzo wspiera córkę i chce, żeby choć ona miała inne życie, ale jest problem: na maturę nie zgadza się ojciec. I ta matka się boi, że jeśli go nie posłuchają, to on je obie zabije.

 

Razem, ale osobno

 

Jak to możliwe, że w XXI wieku w stolicy dużego europejskiego kraju komuś może grozić śmierć za zrobienie matury? Seyran Ateş mówi, że winę ponosi multikulti. - Polityczny system, który głosi, że różne kultury mogą żyć obok siebie, w jednym kraju, a nawet mieście, zupełnie się nie mieszając. Czyli Polacy osobno, Rosjanie osobno, Turcy osobno.

 

Multikulti w wydaniu niemieckim, mówi Ateş, trzyma się mocno, bo Niemcy - z racji swojej historii - nie chcą być oskarżani o rasizm. - Nie pozwalają sobie na krytykowanie innych kultur, nawet jeśli w te kultury wpisane są obyczaje sprzeczne z prawami człowieka. Ale jak wtedy walczyć np. z przymusowymi małżeństwami?

 

Potwierdza to Hanemann. - Kiedy 30 lat temu otworzyłyśmy MaDonnę na Neukölln, nie było tu żadnego niemieckiego pracownika społecznego. Opowiadałam, że mamy przemoc, przymusowe małżeństwa, a oni: "Jak możesz być taką rasistką!". W tym samym czasie przychodziły do mnie tureckie kobiety i mówiły: "Wy, Niemcy, jesteście fajni, ale tacy głupi. Tacy naiwni. W ogóle nie macie pojęcia, co się tu dzieje".

 

Necla Kelek uważa, że mit multikulti ucierpiał mocno dziesięć lat temu, po śmierci Hatun Sürücü. Ona sama w tym samym roku wydała książkę "Die fremde Braut" (Obca panna młoda), w której opisuje los tureckich dziewczyn sprowadzanych do Niemiec jako żony dla imigrantów. Książka wywołała dyskusję, wypowiadał się o niej sam minister spraw wewnętrznych. Od jej wydania Kelek nie ma wstępu do żadnego meczetu. Przeciwnicy mówią o niej "fundamentalistka oświecenia". - Jedyne, czego się domagam od niemieckiego państwa, to równe traktowanie. Dlaczego mamy tolerować pewne rzeczy tylko dlatego, że dzieją się w społeczności tureckiej?

 

Język

 

W 2011 roku premier Turcji Recep Erdogan przyjeżdża z wizytą do Niemiec. Do swoich rodaków ma jedno przesłanie: "Nie asymilujcie się". Krótko przed tą wizytą Seyran Ateş dostaje maila: "Jeśli nie przestaniesz mówić źle o tureckich muzułmanach, obetniemy ci język". - Pomyślałam, że skoro mogę zginąć za milczenie, to już wolę coś robić.

 

Rok później znów pracuje z kobietami, jako prawniczka. Udziela się w mediach, pisze książki. Rezygnuje z tureckiego obywatelstwa. - Oddałam paszport, ale nie tożsamość - mówi. - To nie jest ruch przeciwko Turcji, tylko za Niemcami.

 

Maile od rodaków, którzy życzą jej śmierci, przychodzą cały czas. Zmieniło się jedynie to, że niektórzy piszą po niemiecku.

 

 

PL

Katarzyna Brejwo

 

Tylko nie matura, córeczko

 

Wyrok wykonali bracia dziewczyny: najstarszy zorganizował broń, średni wywabił ją z domu, najmłodszy strzelił

 

Seyran Ateş już raz minęła się ze śmiercią. - Kilka milimetrów dalej i byłoby po pani - powiedział lekarz, oglądając rentgen.

 

Dlatego teraz miejsce spotkania wybiera starannie: na Rosentaler Strasse jest turecka knajpa. Właściciel to przyjaciel. Zawsze trzyma dla niej ten sam stolik, tak ustawiony, że widać całą salę i pół ulicy. Tamtego dnia przyszła rano do biura, zaparzyła kawę. Zaniepokoił ją męski głos w korytarzu. Miały przecież zasadę: żadnych mężczyzn w środku. Kobiety, które szukały u nich pomocy, pochodziły z tradycyjnych, muzułmańskich rodzin. Już samo to, że odwiedziły prawnika, mogło sprowadzić na nie gniew męża albo ojca. Ten męski głos pytał o Leylę. Nie dał się przekonać, że żadna Leyla nigdy tu nie pracowała. Koleżanka poprosiła, żeby poczekał na zewnątrz: "Tam pana obsłużymy". Nie słuchał. Kiedy wpadł do gabinetu, Seyran zdążyła zauważyć: Turek w średnim wieku, beżowy prochowiec. "To zajmie tylko chwilę" - powiedział. Oddał trzy strzały.

 

Seyran dostała w szyję. Szczęśliwie kula nie przeszła na wylot, utkwiła między czwartym a piątym kręgiem. Dziewczyna, z którą tamtego dnia siedziała w gabinecie, miała na imię Neriman. Do biura przyniosła dokumenty potrzebne do pracy, chciała je przetłumaczyć. Zginęła na miejscu.

 

- Czy mogłam to przewidzieć? - pyta Seyran. - Nieraz myślałam: gdybym to samo robiła w Turcji, już byłabym martwa. Ale przecież jesteśmy w Berlinie.

 

Kolejka do łazienki

 

Zachodnie Niemcy potrzebują robotników. W 1961 roku podpisują umowę z Turcją, a specjalnie podstawione pociągi wiozą z Ankary i Stambułu setki tysięcy mężczyzn i kobiet, którzy staną przy taśmach w fabrykach od Hamburga po Monachium. Rząd i dziennikarze z zachwytem witają napływ siły roboczej "od 18 do 45 lat, w najlepszym wieku produkcyjnym", która ma napędzać wygłodniałą gospodarkę.

 

W 1969 roku dyrektor agencji pracy z wielką pompą wita na peronie w Monachium milionowego gastarbeitera. Ismail Bahadir, 24-latek z Konyi, uśmiecha się do kamery, po czym odjeżdża do Frankfurtu, gdzie za pensję w wysokości 730 marek będzie składał części do silników.

 

W tym samym roku na dworcu w Stambule do pociągu wsiada Seyran. Ma sześć lat i jeszcze nigdy nie jechała tak daleko - do Berlina to aż trzy dni drogi. Tymczasem ledwo ruszyli, a matka zaczyna krwawić. Na szczęście w pociągu jest pielęgniarka, która sprawnie przyjmie to, co zostało z ciąży, i zawinie w chustę. Matka czuje ulgę: lekarz niechętnie zapisał tabletki na poronienie, mówił, że czwarty miesiąc to za późno.

 

Tłumaczyła mu, że nie dadzą z mężem rady. Wyjechali do Niemiec raptem rok temu i nic im się jeszcze nie udało odłożyć. W fabryce Siemensa płacą marnie, a życie w Berlinie drogie. Z mieszkaniem też nie było łatwo, bo nie każdy Niemiec wynajmie Turkowi. Wzięli, co było: jeden pokój z kuchnią na Wedding. Łazienka na półpiętrze, wspólna dla czterech mieszkań, więc czasem trzeba swoje odstać w kolejce. Pokój zamykają na klucz, bo przez ich korytarz wchodzi się do innego mieszkania. Niemka jest miła i mówi "dzień dobry", ale już sąsiad poniżej z byle powodu grozi, że wezwie policję i ich, "zasranych obcokrajowców", wyrzuci. Starają się być cicho. "W końcu jesteśmy tu tylko gośćmi" - będą tłumaczyć dzieciom.

 

Dzieci mają pięcioro, rodziły się jeszcze w Turcji. Matka Seyran właśnie po to przyjechała, żeby je sprowadzić do Berlina. Na szóste nie mają już ani pieniędzy, ani serca.

 

Kiedy pociąg wytoczy się na równiny, zawiniątko z przedziału wyląduje za oknem.

 

Walizka

 

Seyran mieszka w Berlinie, ale jakby nigdy nie opuściła Turcji. Wychodzić może tylko przed dom, piętnaście metrów w jedną, piętnaście w drugą stronę, nie dalej niż do szewca naprzeciwko (szewc jest Turkiem z ich rodzinnej wioski). Koleżanek z klasy odwiedzać jej nie wolno, bo to Niemki, a kto to wie, co się dzieje w niemieckich domach? Do niej też nikt nie przychodzi. Zresztą kiedy? - Od rana do wieczora nic tylko prałam, sprzątałam, gotowałam - mówi Seyran.

 

Kiedy ojciec klei tapety w pokoju, to ją woła do pomocy. Kiedy trzeba rano zrobić śniadanie dla rodziny, Seyran zrywa się pierwsza. Nosi braciom wodę do mycia. Kemal, najstarszy, lubi myć włosy codziennie. Niech tylko Seyran trochę rozleje, będzie bił. Bije za wszystko: bo kurtka spadła z wieszaka, bo się głupio zaśmiała. Jeśli Seyran płacze, bije ją jeszcze mocniej. Kiedy poskarży się rodzicom, powiedzą, że na pewno musiała czymś zasłużyć. Jednak i matce zdarza się ją uderzyć. - Raz przyłapała mnie z książką. "Od tego twojego czytania dom się nie posprząta!" - krzyczała. Sama nauczyła się czytać dopiero po pięćdziesiątce, jak przeszła na rentę. Wcześniej tureckie gazety czytał jej ojciec.

 

Rodzice nie znają niemieckiego, więc kiedy trzeba coś załatwić w urzędzie, zabierają córkę (już po pierwszym roku w przedszkolu mówi całkiem płynnie). Urzędnicy dzielą się na dwie grupy: jedni Turków ignorują, inni na nich krzyczą. Trzeba to znosić spokojnie, bo nic się nie załatwi. W szkole Seyran ma same jedynki (to w Niemczech najwyższa ocena) i kiedy jako jedyna podnosi rękę do odpowiedzi, nauczyciel grzmi: "Widzicie? Turczynka wie, a wy nie!". Seyran czuje wstyd (bo czemu miałaby być gorsza od innych dzieci?), a z drugiej strony - dumę. - Po raz pierwszy byłam kimś więcej niż tylko czyjąś córką i siostrą - mówi. - Szkoła i dom to były dwa różne światy.

 

Między tymi światami Seyran przemieszcza się kilka razy dziennie i do każdego przybiera inną twarz. W szkole każą jej myśleć i mówić, w domu - milczeć i słuchać. Budzi się jako turecka dziewczynka, którą można szturchać i wyzywać za byle co, a za progiem domu jest już niemiecką uczennicą - zdolną, ambitną, zdecydowaną. Kandyduje na przewodniczącą samorządu - wygrywa. Czyta szkolny regulamin, znajduje błędy. Wróżą jej, że będzie świetną prawniczką.

 

Z czasem tej drugiej Seyran jest coraz więcej. Nie chce żyć jak matka, ciotki i kuzynki - wydane za mąż przez rodziców, uwięzione w domach. Dopada ją depresja. - Raz Kemal tak strasznie mnie pobił, że chciałam się zabić. Łyknęłam tabletki, na szczęście się nie udało.

 

Michael, szkolny pedagog, przekonuje: śmierć to nie jest żadne wyjście. Jeśli nic nie da się zrobić, niech ucieka z domu. Pytanie tylko: kiedy? Najlepiej poczekać do pełnoletności, nie będą musieli o niczym zawiadamiać urzędu do spraw młodzieży.

 

Ale Seyran nie może tyle czekać. Trzy miesiące przed osiemnastymi urodzinami wychodzi z domu z małą walizką. Rodzina akurat bawi się na weselu, nikt jej nie ściga. Mimo to boi się tak bardzo, że w pokoju, który dostała w schronisku dla młodzieży, przez całą noc pali światło.

Jeszcze nie wie, że właśnie wybrała życie, w którym ten strach będzie z nią zawsze.

 

Mur

 

Czy Hatun Sürücü się bała? Zginęła od kuli 7 lutego 2005 roku na przystanku autobusowym w berlińskim Neukölln. Na zdjęciu, które obiegło Niemcy, ma gęste czarne włosy obcięte poniżej ucha, mocny makijaż, szeroki uśmiech.

 

Hatun wychowała się w Berlinie w rodzinie kurdyjskich imigrantów. Gdy miała 15 lat, rodzice wydali ją za mąż i wysłali do Turcji, ale rozwiodła się i wróciła z synkiem do Berlina. Mieszkała sama, nie zakrywała włosów, chodziła do klubów. Niedługo miała skończyć szkołę zawodową, podobno z kimś się spotykała.

 

Nie wiadomo, która z tych rzeczy została uznana przez jej rodzinę za plamę na honorze. Wyrok wykonali bracia dziewczyny: najstarszy zorganizował broń, średni wywabił ją z domu, najmłodszy strzelił.

 

Jej śmierć wstrząsnęła Niemcami. Gazety pisały: "Zginęła, bo chciała żyć jak jedna z nas", "To jest nasz 11 września". "Oto wyrósł nowy mur berliński". Premier Bawarii (z konserwatywnej partii CSU) ogłosił, że imigrantów, którzy nie chcą się integrować, należy natychmiast odesłać tam, skąd przyjechali. Rzecznik CDU poszedł dalej - nie chciał ich odsyłać, lecz sądzić i karać (a ponieważ w niemieckim prawie nie ma paragrafu na odmowę integracji, należało go stworzyć).

 

Kiedy prawica straszyła i groziła, lewica biła się w piersi. Przypominano, że Niemcy nigdy nie dorobiły się polityki imigracyjnej z prawdziwego zdarzenia. Że kolejne rządy zachowywały się tak, jakby Niemcy były krajem jedynie rdzennych Niemców.

 

Dla ukojenia podawano przykłady pozytywne: polityk Zielonych Cem Özdemir, piłkarz Halil Altintop, prezenterka Nazan Eckes, reżyser Fatih Akin, komik Bülent Ceylan, urzędnicy, artyści, naukowcy i pisarze o znanych tureckich nazwiskach, doskonale zintegrowani z niemieckim społeczeństwem.

 

Dlaczego im się udało, a innym nie?

 

Szacunek

 

- Niemiecka gospodarka potrzebowała głównie niewykwalifikowanych robotników. Przyjeżdżali niepiśmienni chłopi z Anatolii, bez wykształcenia, bez znajomości języka - mówi Necla Kelek, socjolożka z Berlina, która zajmuje się problemami tureckiej imigracji. Jej rodzina przyjechała do Niemiec ze Stambułu w 1968 roku. Kelek miała wtedy 11 lat.

 

- Integracja? Nikt sobie takimi rzeczami nie zawracał głowy. "Gastarbeiter" znaczy przecież dosłownie "gościnny pracownik", czyli ktoś, kto popracuje kilka lat, a potem wróci do siebie. Gastarbeiterzy nie musieli nawet uczyć się języka, bo w każdym zakładzie zatrudniony był tłumacz. Ich zadaniem było pracować. Tym, co działo się w ich domach i głowach, nikt się nie interesował.

 

Tureccy imigranci wynajmowali mieszkania w tanich dzielnicach - na Kreuzbergu, Neukölln, Wedding - i budowali świat podobny do tego, który właśnie opuścili. W centrum tego świata była rodzina. Zdarzało się, że całe wioski osiedlały się na jednej ulicy, odtwarzając ten sam porządek sympatii i sporów, jaki rządził ich życiem w ojczyźnie. Sprowadzali dzieci, rodziców, kuzynów. A także panny młode.

 

- Gdy ktoś z sąsiedztwa się żenił, moja matka kupowała ładny wazon i szło się w odwiedziny. Na kanapie w salonie siedziała panna młoda umalowana i wystrojona jak lalka - mówi Kelek. - Nie znała ani słowa po niemiecku, często nawet nie miała pojęcia, gdzie właściwie jest. Zapytałam kiedyś taką dziewczynę, jak zamierza sobie poradzić w nowej ojczyźnie. Powiedziała, że Niemcy nie są jej do niczego potrzebne.

 

Tak właśnie, zdaniem Kelek, powstało w Niemczech społeczeństwo równoległe: odrębny świat, z własnym językiem, prawami i zwyczajami. Można było wyjechać z Turcji i zarazem wcale jej nie opuścić. Ten świat z czasem pochłonął i jej rodzinę.

 

- W Stambule żyliśmy po europejsku. Chodziło się na tańce, do kina. W domu na półkach stały książki Dostojewskiego i klasyków literatury amerykańskiej. Mój ojciec był za świecką Turcją, cenił wolność. Dopiero tutaj stał się konserwatystą.

 

Dlaczego? Lata 60. to w Niemczech czas rewolucji obyczajowej. Na billboardach i w magazynach królują kobiety w bikini, na listach bestsellerów takie książki jak "Seks grupowy w Niemczech" albo poradniki, jak szczęśliwie żyć w trójkącie. Modne są słowa: emancypacja, liberalizacja, wyzwolenie (od małżeństwa i rodziny).

 

- Jak wielu Turków mój ojciec doszedł do wniosku, że rewolucja seksualna zagraża rodzinie. A rodzina jest najważniejsza. Rozczarowany Niemcami w końcu wrócił do Turcji - mówi Kelek. - Gdyby nie to, nigdy nie poszłabym na studia.

 

Wcześniej niemal na własnej skórze przekonała się, jak bardzo zmieniła go emigracja. Miała 17 lat, kiedy stanął przed drzwiami jej pokoju z siekierą.

 

Siekiera w tureckim domu oznacza śmierć.

 

Drzwi poszły w drzazgi, Kelek zdążyła uciec. Ojciec krzyczał za nią, że na drugi raz powinna wyjść z pokoju i go przywitać, kiedy wraca z pracy. I że nie będzie już dłużej znosił takiego braku szacunku.

 

Adres

 

- Problemy mają najlepsze dziewczyny - mówi Gabriela Hanemann, która prowadzi świetlicę dla dziewcząt MaDonna, kilka przecznic od miejsca, w którym zginęła Hatun Sürücü. - Ambitne, inteligentne, takie, które chcą się uczyć i prowadzić niezależne życie.

 

Eva K. z organizacji Papatya, która pomaga dziewczynom z rodzin imigranckich, mówi, że od 1996 roku w Niemczech doszło do 130 zabójstw honorowych. Ostatnie miało miejsce w lutym tego roku. Małżeństwo z Hesji zabiło swoją trzynastoletnią córkę, a ciało zakopało w lesie. Powód: miała chłopaka.

 

- Nie ma dnia, żeby nasze pracownice nie odbierały telefonów od dziewczyn, które boją się o swoje życie - mówi Eva K.

Jeśli sytuacja jest poważna, proponują miejsce w schronisku. To cztery pokoje w Berlinie, w mieszkaniu, którego adres zna tylko kilka osób. Obowiązują zasady: żadnych telefonów komórkowych (rodzina mogłaby nękać dziewczynę albo ją namierzyć), żadnych odwiedzin, zakaz wychodzenia po siódmej wieczorem (w ciągu dnia tylko w towarzystwie kogoś z organizacji).

 

- Nie pomagamy w ucieczce. Dziewczyna musi ją sama zorganizować, nawet jeśli musi dostać się do Berlina z drugiego końca Niemiec. Jeśli się jej uda, wiemy, że ma szanse na samodzielne życie - tłumaczy Eva K. Do tej pory Papatya pomogła 1800 dziewczynom.

 

Nie wszystkim się udało. Selma Uzun była w schronisku tylko tydzień. Jej ojciec przyszedł do urzędu do spraw młodzieży i płakał, że się obleje benzyną i podpali, jeśli nie zwrócą mu córki. - Rodziny w takiej sytuacji próbują wszystkiego. Mówią, że matka umiera, ojciec miał zawał, ukochana siostra trafiła do szpitala - opowiada Eva K. - To tylko wybieg. Dziewczyna już uciekła, dowiedzieli się dalsi krewni i sąsiedzi. Teraz chodzi tylko o to, żeby odzyskać honor, nie córkę. Zawsze przed tym ostrzegamy.

 

Ale Selma bardzo chciała wierzyć ojcu. Przecież w urzędzie sam wziął kartkę papieru i napisał, że zgadza się, aby córka została w Berlinie i dalej chodziła do szkoły. Własnym podpisem poświadczył, że nie wyśle jej do Turcji i nie wyda za kuzyna, którego nigdy nie widziała na oczy.

 

Kilka miesięcy później już nie żyła.

 

Kto będzie Fatimą

 

Pod tablicą jest scena, staną na niej ojciec i syn. Znudzeni uczniowie podniosą głowy dopiero wtedy, kiedy ten pierwszy zacznie krzyczeć, a drugi skuli się niepewnie, jakby słowo mogło uderzyć. - Gdzie twoja siostra? Miałeś jej pilnować, a cały dzień grasz w jakieś głupie gry!

 

- Nie wiem, może wyszła z przyjaciółmi.

 

- Wyszła?! Jest szósta wieczór, co z ciebie za mężczyzna, że pozwalasz jej włóczyć się po mieście. Idź jej szukać, ale już!

 

Syn niechętnie wstanie, przejdzie na drugi koniec sali. Tam już stoi grupka osób, zaczyna się druga scena.

 

- Fatima, do domu!

 

- Jestem z koleżankami, o co ci chodzi?

 

- Masz wracać do domu, i to już, idiotko! - powtarza syn i łapie za ramię jedną z osób. Szarpanina trwa kilka minut. Koniec sceny, cisza.

Deniz (grał ojca) mówi, że w tym momencie widzi, jak uczniowie zaczynają myśleć. Chłopcy pewnie nieraz słyszeli, że mają śledzić każdy krok własnej siostry, a dziewczyny musiały się tłumaczyć z wyjścia do galerii handlowej. Deniz chciałby, żeby cała klasa się zastanowiła, czy to jest OK. - Nie robię im wykładów o równości płci i prawach człowieka. Mówię: patrzcie, jestem taki jak wy - mam brodę, jestem Turkiem, wychowałem się tutaj, w Neukölln. Pogadajmy.

 

Gokay (grał syna): - Niektórzy patrzą na nas spode łba, siedzą tyłem do sceny. To są ci, na których najbardziej nam zależy. U nich może się zacząć największa zmiana.

 

Fatimę gra zawsze ochotnik z klasy. To jedyna rola kobieca, więc Deniz i Gokay wybierają do niej chłopaka. Pytają: "Jak się czułeś, kiedy brat szarpał cię przy koleżankach?". Chłopcy odpowiadają: "Straszny wstyd, upokorzenie, żenada", "Jakby nikt się ze mną nie liczył".

 

- Wielu z nich po raz pierwszy musiało postawić się w sytuacji kobiety - mówi Deniz. - I to już jest sukces.

 

Gokay i Deniz wychowali się na tym samym podwórku na Neukölln. Dziś pierwszy studiuje inżynierię lotniczą, drugi - socjologię. Wkurza ich, że kiedy imigrant zrobi coś złego, zaraz napiszą o tym wszystkie media. O takich jak oni, spokojnych, nikt się nie zająknie.

 

- To nie znaczy, że nie ma problemów - mówi Gokay. - W szkole nieraz słyszałem: "Ej, twoja siostra ma chłopaka, masz zamiar to tak zostawić?". Albo taka historia: dziewczynę wysyłają do Turcji, bo ją obiecali jakiemuś kuzynowi.

 

- Tyle że o tym się nie rozmawia - przyznaje Deniz. - Bo jak?

 

Dlatego teraz wyłapują młodych chłopaków z rodzin muzułmańskich i namawiają, żeby przyszli na spotkanie Heroes. To organizacja, która powstała po śmierci Hatun.

 

Gokay: - Kiedy odgrywamy pierwszą scenkę, zawsze pojawiają się głosy: "Dobrze zrobił, należało się dziewczynie". Wtedy zaczynamy drążyć.

Deniz: - Pytamy: "Co to jest honor?". Ktoś powie: "Rodzina". A jak ktoś nie ma rodziny, to znaczy, że nie ma honoru? Inna odpowiedź: "Dziewictwo mojej siostry". Zaraz, bracie, a twoje dziewictwo nie jest warte tyle samo?

 

Gokay: - Wiadomo, że nikt w godzinę nie zmieni przekonań, które mu wpajano przez piętnaście lat. Chcemy rzucić pierwszą iskrę, która otworzy im głowy.

 

Włosy

 

- Seyran po turecku znaczy "podróż", Ateş - "ogień". Niezwykłe, jak los potrafi być zapisany w imieniu i nazwisku - mówi Seyran.

 

Dla jej rodziców zamach na życie córki to był znak: gdyby nie uciekła z domu, nic by się nie stało. Ona widzi to inaczej: ma 21 lat, studiuje prawo, w wolnym czasie udziela porad tureckim kobietom. Chcieli ją zabić, a to znaczy, że się jej boją. To jej dodaje energii; teraz ona będzie karmić się ich strachem.

 

Na razie musi spędzić kilka tygodni w szpitalu. Kiedy przy jej łóżku spotykają się tureccy krewni i niemieccy przyjaciele, jedni stają zawsze po lewej, drudzy po prawej stronie. Jakby oddzielał ich niewidzialny mur. Nie obywa się bez awantur. Ojciec Seyran uważa, że jej chłopak powinien wychodzić na czas jego odwiedzin. - Mało nie zginęłam, a jego najbardziej obchodziło to, że jego córka spotyka się z jakimś mężczyzną, w dodatku Niemcem.

 

Jeszcze próbuje ułożyć się z rodziną. Uzgadniają, że dopóki nie wróci do zdrowia, zamieszka w domu. Matka pomaga się jej kąpać, dostrzega, że Seyran się nie goli. Muzułmańska tradycja uznaje owłosienie na ciele kobiety za nieczyste, feminizm wręcz przeciwnie, dochodzi więc do kłótni i płaczu.

 

- Zrozumiałam, że moja rodzina nie zmieni się ot tak. Że to może zająć dziesięć, dwadzieścia lat - mówi. - Ojciec powiedział mi: "Ja wiem, że ty chcesz żyć po swojemu, ale ja mam tu krewnych i sąsiadów. Moje życie zależy od tego, co oni myślą i mówią".

 

Ich drogi muszą się rozejść.

 

Ponad 20 lat później, w ciepły czerwcowy dzień, Seyran rozmawia na stacji metra Möckernbrücke z klientką, której pomaga w sprawie rozwodowej. Na peron wpada mąż kobiety i rzuca się na nie z pięściami. Obok stoi wielu mężczyzn, przypatrują się, żaden nie reaguje. To w większości tureccy imigranci.

 

Piszą do niej: niech przestanie obrażać islam i Turków. Życzą, żeby zdechła, bo jak nie, to sami poderżną jej gardło. Policja przyznaje jej ochronę: dwóch funkcjonariuszy dzień i noc stoi przed jej domem. Znowu nie może zrobić kroku bez mężczyzny. Być może i teraz by się nie złamała, gdyby nie dziecko. Córka ma dwa lata i do żłobka odprowadza ją policjant.

 

Rok po napaści na stacji metra Seyran oddaje licencję prawnika, przestaje wypowiadać się w mediach. Liczy, że jeśli zniknie, dadzą jej spokój.

 

Oko matki

 

Rollberg to kwartał ulic na Neukölln. 90 proc. mieszkańców to imigranci - głównie przybysze z Turcji i krajów arabskich. Ponad połowa żyje z zasiłków. W okolicy jest kilka meczetów, tureckie delikatesy, bary z kebabem. To cały świat Fatmy, która ma lat 13 i włosy starannie upięte pod chustą.

 

Zimą między komunalnymi blokami hula wiatr, ale wiosną przed bloki wychodzą matki. Czujne oko matki widzi wszystko: gdzie idzie Fatma i z kim, na kogo patrzy i jak. Tam gdzie oko matki nie sięga, posyła się brata. Braci Fatma ma trzech, więc jest strzeżona potrójnie. Oni wiedzą, z kim Fatma chodzi do klasy, z kim się przyjaźni, o której odjeżdża autobus, który powinien zawieźć ją domu, żeby nie stała pod szkołą i nie chichotała do chłopaków jak jakaś niemiecka schlampe.

 

Na Rollbergu wszyscy się znają, tu każdy jest czyimś kuzynem; dwa dni wystarczą, by jedno słowo wypowiedziane nieopatrznie nad filiżanką czaju w ponurym centrum handlowym, gdzie mężczyźni obracają w palcach różańce, zatoczyło koło nad osiedlem i uderzyło w najmniej spodziewanym momencie. Fatmy pilnują, ale i ona ma się na baczności. Czy nie pamięta, co się stało z Nuriyah? Śliczna była Nuriyah i mądra, chciała zostać nauczycielką, ale zakochała się w chłopaku, który w ogóle nie był jej przeznaczony. Przez pięć lat udawało im się to ukrywać przed rodzinami. Jak się spotykali i gdzie, tego Fatma nie wie, a może wiedzieć nie chce. O tym, że na Nuriyah wydano wyrok, pierwsza powiedziała kobieta z jej rodziny. Matka? Siostra? Kuzynka? - tego nikt nie wie, bo takie wiadomości powtarza się szeptem, licząc na to, że dojdą do uszu kogoś, kto znajdzie ratunek. I tak Nuriyah uciekła, najpierw sama, potem dołączył chłopak - nie był już na Rollbergu bezpieczny.

 

- I jak ona to mogła zrobić swoim rodzicom? - powie Fatma. Im dłużej nie ma Nuriyah, tym częściej Fatma myśli o niej tak jak bracia.

 

Miłość? Matka Fatmy mówi: "Miłość przychodzi i odchodzi, a krew zostaje". Krew to rodzina, bez niej nie ma życia. Z rodziną nie da się zerwać trochę, tak jak nie da się trochę umrzeć. "Jesteśmy Turkami i muzułmanami - mówi jeszcze matka. - Tak jest nasz świat urządzony".

 

A Niemcy? Ostatnio ojciec zawołał ją przed telewizor. Przez miasto szła demonstracja, ludzie krzyczeli: "Obcokrajowcy won!". "Pegida - splunął. - Patrz i zapamiętaj: z ciebie żadna Niemka. Tacy jak oni zaraz każą się nam wynosić".

 

Matura

 

Nuriyah najpierw musiała uciekać z Rollbergu, potem z Berlina, a w końcu z Niemiec. Dziś mieszka za granicą (gdzie dokładnie, musi pozostać tajemnicą). Nadal jest ze swoim chłopakiem.

 

Zanim uciekła, przychodziła do MaDonny. Świetlica wyróżnia się na tle szarych bloków: na ścianach różowe graffiti, w oknach plakaty.

 

- Zdarzało się, że przychodziłam do pracy, a tu wybite okna. Nie wiem, ile razy na ścianie pisali nam "kurwy" - opowiada Gabriela Hanemann, która szefuje świetlicy. W meczetach jej nie lubią. Kiedyś próbowała rozmawiać, spluwali pod nogi. Dała spokój. Czasem ktoś jej doniesie, że imam znowu ostrzegał, żeby nie przysyłać do niej dzieci, bo je przerobi na Niemców.

 

- Tylko co to właściwie znaczy? - irytuje się Gabriela. - Te dziewczyny i tak mają już niemieckie paszporty. Tymczasem okazuje się, że choć urodziły się w Berlinie, nigdy nie były w kinie ani na basenie. Kiedy pytam: "Co chcecie robić w piątek?", odpowiadają: "Ty decyduj, Gabi". Nie przyszło im do głowy, że mogą czegoś chcieć. Dopiero tutaj je tego uczymy.

 

- I rodzice się na to zgadzają?

 

- Rodzice przysyłają je tutaj, żeby się uczyły i odrabiały lekcje. Zależy im na dobrych stopniach. Chociaż i z tym bywa różnie. Mamy teraz dziewczynkę z tureckiej rodziny, która bardzo chce zrobić maturę. Jej matka ma 35 lat i ośmioro dzieci; została wydana za mąż w wieku 13 lat. Bardzo wspiera córkę i chce, żeby choć ona miała inne życie, ale jest problem: na maturę nie zgadza się ojciec. I ta matka się boi, że jeśli go nie posłuchają, to on je obie zabije.

 

Razem, ale osobno

 

Jak to możliwe, że w XXI wieku w stolicy dużego europejskiego kraju komuś może grozić śmierć za zrobienie matury? Seyran Ateş mówi, że winę ponosi multikulti. - Polityczny system, który głosi, że różne kultury mogą żyć obok siebie, w jednym kraju, a nawet mieście, zupełnie się nie mieszając. Czyli Polacy osobno, Rosjanie osobno, Turcy osobno.

 

Multikulti w wydaniu niemieckim, mówi Ateş, trzyma się mocno, bo Niemcy - z racji swojej historii - nie chcą być oskarżani o rasizm. - Nie pozwalają sobie na krytykowanie innych kultur, nawet jeśli w te kultury wpisane są obyczaje sprzeczne z prawami człowieka. Ale jak wtedy walczyć np. z przymusowymi małżeństwami?

 

Potwierdza to Hanemann. - Kiedy 30 lat temu otworzyłyśmy MaDonnę na Neukölln, nie było tu żadnego niemieckiego pracownika społecznego. Opowiadałam, że mamy przemoc, przymusowe małżeństwa, a oni: "Jak możesz być taką rasistką!". W tym samym czasie przychodziły do mnie tureckie kobiety i mówiły: "Wy, Niemcy, jesteście fajni, ale tacy głupi. Tacy naiwni. W ogóle nie macie pojęcia, co się tu dzieje".

 

Necla Kelek uważa, że mit multikulti ucierpiał mocno dziesięć lat temu, po śmierci Hatun Sürücü. Ona sama w tym samym roku wydała książkę "Die fremde Braut" (Obca panna młoda), w której opisuje los tureckich dziewczyn sprowadzanych do Niemiec jako żony dla imigrantów. Książka wywołała dyskusję, wypowiadał się o niej sam minister spraw wewnętrznych. Od jej wydania Kelek nie ma wstępu do żadnego meczetu. Przeciwnicy mówią o niej "fundamentalistka oświecenia". - Jedyne, czego się domagam od niemieckiego państwa, to równe traktowanie. Dlaczego mamy tolerować pewne rzeczy tylko dlatego, że dzieją się w społeczności tureckiej?

 

Język

 

W 2011 roku premier Turcji Recep Erdogan przyjeżdża z wizytą do Niemiec. Do swoich rodaków ma jedno przesłanie: "Nie asymilujcie się". Krótko przed tą wizytą Seyran Ateş dostaje maila: "Jeśli nie przestaniesz mówić źle o tureckich muzułmanach, obetniemy ci język". - Pomyślałam, że skoro mogę zginąć za milczenie, to już wolę coś robić.

 

Rok później znów pracuje z kobietami, jako prawniczka. Udziela się w mediach, pisze książki. Rezygnuje z tureckiego obywatelstwa. - Oddałam paszport, ale nie tożsamość - mówi. - To nie jest ruch przeciwko Turcji, tylko za Niemcami.

 

Maile od rodaków, którzy życzą jej śmierci, przychodzą cały czas. Zmieniło się jedynie to, że niektórzy piszą po niemiecku.

 

 

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

PL

Rekolektyw.pl logo.png
Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

Katarzyna Brejwo

 

Tylko nie matura, córeczko

 

Wyrok wykonali bracia dziewczyny: najstarszy zorganizował broń, średni wywabił ją z domu, najmłodszy strzelił

 

Seyran Ateş już raz minęła się ze śmiercią. - Kilka milimetrów dalej i byłoby po pani - powiedział lekarz, oglądając rentgen.

 

Dlatego teraz miejsce spotkania wybiera starannie: na Rosentaler Strasse jest turecka knajpa. Właściciel to przyjaciel. Zawsze trzyma dla niej ten sam stolik, tak ustawiony, że widać całą salę i pół ulicy. Tamtego dnia przyszła rano do biura, zaparzyła kawę. Zaniepokoił ją męski głos w korytarzu. Miały przecież zasadę: żadnych mężczyzn w środku. Kobiety, które szukały u nich pomocy, pochodziły z tradycyjnych, muzułmańskich rodzin. Już samo to, że odwiedziły prawnika, mogło sprowadzić na nie gniew męża albo ojca. Ten męski głos pytał o Leylę. Nie dał się przekonać, że żadna Leyla nigdy tu nie pracowała. Koleżanka poprosiła, żeby poczekał na zewnątrz: "Tam pana obsłużymy". Nie słuchał. Kiedy wpadł do gabinetu, Seyran zdążyła zauważyć: Turek w średnim wieku, beżowy prochowiec. "To zajmie tylko chwilę" - powiedział. Oddał trzy strzały.

 

Seyran dostała w szyję. Szczęśliwie kula nie przeszła na wylot, utkwiła między czwartym a piątym kręgiem. Dziewczyna, z którą tamtego dnia siedziała w gabinecie, miała na imię Neriman. Do biura przyniosła dokumenty potrzebne do pracy, chciała je przetłumaczyć. Zginęła na miejscu.

 

- Czy mogłam to przewidzieć? - pyta Seyran. - Nieraz myślałam: gdybym to samo robiła w Turcji, już byłabym martwa. Ale przecież jesteśmy w Berlinie.

 

Kolejka do łazienki

 

Zachodnie Niemcy potrzebują robotników. W 1961 roku podpisują umowę z Turcją, a specjalnie podstawione pociągi wiozą z Ankary i Stambułu setki tysięcy mężczyzn i kobiet, którzy staną przy taśmach w fabrykach od Hamburga po Monachium. Rząd i dziennikarze z zachwytem witają napływ siły roboczej "od 18 do 45 lat, w najlepszym wieku produkcyjnym", która ma napędzać wygłodniałą gospodarkę.

 

W 1969 roku dyrektor agencji pracy z wielką pompą wita na peronie w Monachium milionowego gastarbeitera. Ismail Bahadir, 24-latek z Konyi, uśmiecha się do kamery, po czym odjeżdża do Frankfurtu, gdzie za pensję w wysokości 730 marek będzie składał części do silników.

 

W tym samym roku na dworcu w Stambule do pociągu wsiada Seyran. Ma sześć lat i jeszcze nigdy nie jechała tak daleko - do Berlina to aż trzy dni drogi. Tymczasem ledwo ruszyli, a matka zaczyna krwawić. Na szczęście w pociągu jest pielęgniarka, która sprawnie przyjmie to, co zostało z ciąży, i zawinie w chustę. Matka czuje ulgę: lekarz niechętnie zapisał tabletki na poronienie, mówił, że czwarty miesiąc to za późno.

 

Tłumaczyła mu, że nie dadzą z mężem rady. Wyjechali do Niemiec raptem rok temu i nic im się jeszcze nie udało odłożyć. W fabryce Siemensa płacą marnie, a życie w Berlinie drogie. Z mieszkaniem też nie było łatwo, bo nie każdy Niemiec wynajmie Turkowi. Wzięli, co było: jeden pokój z kuchnią na Wedding. Łazienka na półpiętrze, wspólna dla czterech mieszkań, więc czasem trzeba swoje odstać w kolejce. Pokój zamykają na klucz, bo przez ich korytarz wchodzi się do innego mieszkania. Niemka jest miła i mówi "dzień dobry", ale już sąsiad poniżej z byle powodu grozi, że wezwie policję i ich, "zasranych obcokrajowców", wyrzuci. Starają się być cicho. "W końcu jesteśmy tu tylko gośćmi" - będą tłumaczyć dzieciom.

 

Dzieci mają pięcioro, rodziły się jeszcze w Turcji. Matka Seyran właśnie po to przyjechała, żeby je sprowadzić do Berlina. Na szóste nie mają już ani pieniędzy, ani serca.

 

Kiedy pociąg wytoczy się na równiny, zawiniątko z przedziału wyląduje za oknem.

 

Walizka

 

Seyran mieszka w Berlinie, ale jakby nigdy nie opuściła Turcji. Wychodzić może tylko przed dom, piętnaście metrów w jedną, piętnaście w drugą stronę, nie dalej niż do szewca naprzeciwko (szewc jest Turkiem z ich rodzinnej wioski). Koleżanek z klasy odwiedzać jej nie wolno, bo to Niemki, a kto to wie, co się dzieje w niemieckich domach? Do niej też nikt nie przychodzi. Zresztą kiedy? - Od rana do wieczora nic tylko prałam, sprzątałam, gotowałam - mówi Seyran.

 

Kiedy ojciec klei tapety w pokoju, to ją woła do pomocy. Kiedy trzeba rano zrobić śniadanie dla rodziny, Seyran zrywa się pierwsza. Nosi braciom wodę do mycia. Kemal, najstarszy, lubi myć włosy codziennie. Niech tylko Seyran trochę rozleje, będzie bił. Bije za wszystko: bo kurtka spadła z wieszaka, bo się głupio zaśmiała. Jeśli Seyran płacze, bije ją jeszcze mocniej. Kiedy poskarży się rodzicom, powiedzą, że na pewno musiała czymś zasłużyć. Jednak i matce zdarza się ją uderzyć. - Raz przyłapała mnie z książką. "Od tego twojego czytania dom się nie posprząta!" - krzyczała. Sama nauczyła się czytać dopiero po pięćdziesiątce, jak przeszła na rentę. Wcześniej tureckie gazety czytał jej ojciec.

 

Rodzice nie znają niemieckiego, więc kiedy trzeba coś załatwić w urzędzie, zabierają córkę (już po pierwszym roku w przedszkolu mówi całkiem płynnie). Urzędnicy dzielą się na dwie grupy: jedni Turków ignorują, inni na nich krzyczą. Trzeba to znosić spokojnie, bo nic się nie załatwi. W szkole Seyran ma same jedynki (to w Niemczech najwyższa ocena) i kiedy jako jedyna podnosi rękę do odpowiedzi, nauczyciel grzmi: "Widzicie? Turczynka wie, a wy nie!". Seyran czuje wstyd (bo czemu miałaby być gorsza od innych dzieci?), a z drugiej strony - dumę. - Po raz pierwszy byłam kimś więcej niż tylko czyjąś córką i siostrą - mówi. - Szkoła i dom to były dwa różne światy.

 

Między tymi światami Seyran przemieszcza się kilka razy dziennie i do każdego przybiera inną twarz. W szkole każą jej myśleć i mówić, w domu - milczeć i słuchać. Budzi się jako turecka dziewczynka, którą można szturchać i wyzywać za byle co, a za progiem domu jest już niemiecką uczennicą - zdolną, ambitną, zdecydowaną. Kandyduje na przewodniczącą samorządu - wygrywa. Czyta szkolny regulamin, znajduje błędy. Wróżą jej, że będzie świetną prawniczką.

 

Z czasem tej drugiej Seyran jest coraz więcej. Nie chce żyć jak matka, ciotki i kuzynki - wydane za mąż przez rodziców, uwięzione w domach. Dopada ją depresja. - Raz Kemal tak strasznie mnie pobił, że chciałam się zabić. Łyknęłam tabletki, na szczęście się nie udało.

 

Michael, szkolny pedagog, przekonuje: śmierć to nie jest żadne wyjście. Jeśli nic nie da się zrobić, niech ucieka z domu. Pytanie tylko: kiedy? Najlepiej poczekać do pełnoletności, nie będą musieli o niczym zawiadamiać urzędu do spraw młodzieży.

 

Ale Seyran nie może tyle czekać. Trzy miesiące przed osiemnastymi urodzinami wychodzi z domu z małą walizką. Rodzina akurat bawi się na weselu, nikt jej nie ściga. Mimo to boi się tak bardzo, że w pokoju, który dostała w schronisku dla młodzieży, przez całą noc pali światło.

Jeszcze nie wie, że właśnie wybrała życie, w którym ten strach będzie z nią zawsze.

 

Mur

 

Czy Hatun Sürücü się bała? Zginęła od kuli 7 lutego 2005 roku na przystanku autobusowym w berlińskim Neukölln. Na zdjęciu, które obiegło Niemcy, ma gęste czarne włosy obcięte poniżej ucha, mocny makijaż, szeroki uśmiech.

 

Hatun wychowała się w Berlinie w rodzinie kurdyjskich imigrantów. Gdy miała 15 lat, rodzice wydali ją za mąż i wysłali do Turcji, ale rozwiodła się i wróciła z synkiem do Berlina. Mieszkała sama, nie zakrywała włosów, chodziła do klubów. Niedługo miała skończyć szkołę zawodową, podobno z kimś się spotykała.

 

Nie wiadomo, która z tych rzeczy została uznana przez jej rodzinę za plamę na honorze. Wyrok wykonali bracia dziewczyny: najstarszy zorganizował broń, średni wywabił ją z domu, najmłodszy strzelił.

 

Jej śmierć wstrząsnęła Niemcami. Gazety pisały: "Zginęła, bo chciała żyć jak jedna z nas", "To jest nasz 11 września". "Oto wyrósł nowy mur berliński". Premier Bawarii (z konserwatywnej partii CSU) ogłosił, że imigrantów, którzy nie chcą się integrować, należy natychmiast odesłać tam, skąd przyjechali. Rzecznik CDU poszedł dalej - nie chciał ich odsyłać, lecz sądzić i karać (a ponieważ w niemieckim prawie nie ma paragrafu na odmowę integracji, należało go stworzyć).

 

Kiedy prawica straszyła i groziła, lewica biła się w piersi. Przypominano, że Niemcy nigdy nie dorobiły się polityki imigracyjnej z prawdziwego zdarzenia. Że kolejne rządy zachowywały się tak, jakby Niemcy były krajem jedynie rdzennych Niemców.

 

Dla ukojenia podawano przykłady pozytywne: polityk Zielonych Cem Özdemir, piłkarz Halil Altintop, prezenterka Nazan Eckes, reżyser Fatih Akin, komik Bülent Ceylan, urzędnicy, artyści, naukowcy i pisarze o znanych tureckich nazwiskach, doskonale zintegrowani z niemieckim społeczeństwem.

 

Dlaczego im się udało, a innym nie?

 

Szacunek

 

- Niemiecka gospodarka potrzebowała głównie niewykwalifikowanych robotników. Przyjeżdżali niepiśmienni chłopi z Anatolii, bez wykształcenia, bez znajomości języka - mówi Necla Kelek, socjolożka z Berlina, która zajmuje się problemami tureckiej imigracji. Jej rodzina przyjechała do Niemiec ze Stambułu w 1968 roku. Kelek miała wtedy 11 lat.

 

- Integracja? Nikt sobie takimi rzeczami nie zawracał głowy. "Gastarbeiter" znaczy przecież dosłownie "gościnny pracownik", czyli ktoś, kto popracuje kilka lat, a potem wróci do siebie. Gastarbeiterzy nie musieli nawet uczyć się języka, bo w każdym zakładzie zatrudniony był tłumacz. Ich zadaniem było pracować. Tym, co działo się w ich domach i głowach, nikt się nie interesował.

 

Tureccy imigranci wynajmowali mieszkania w tanich dzielnicach - na Kreuzbergu, Neukölln, Wedding - i budowali świat podobny do tego, który właśnie opuścili. W centrum tego świata była rodzina. Zdarzało się, że całe wioski osiedlały się na jednej ulicy, odtwarzając ten sam porządek sympatii i sporów, jaki rządził ich życiem w ojczyźnie. Sprowadzali dzieci, rodziców, kuzynów. A także panny młode.

 

- Gdy ktoś z sąsiedztwa się żenił, moja matka kupowała ładny wazon i szło się w odwiedziny. Na kanapie w salonie siedziała panna młoda umalowana i wystrojona jak lalka - mówi Kelek. - Nie znała ani słowa po niemiecku, często nawet nie miała pojęcia, gdzie właściwie jest. Zapytałam kiedyś taką dziewczynę, jak zamierza sobie poradzić w nowej ojczyźnie. Powiedziała, że Niemcy nie są jej do niczego potrzebne.

 

Tak właśnie, zdaniem Kelek, powstało w Niemczech społeczeństwo równoległe: odrębny świat, z własnym językiem, prawami i zwyczajami. Można było wyjechać z Turcji i zarazem wcale jej nie opuścić. Ten świat z czasem pochłonął i jej rodzinę.

 

- W Stambule żyliśmy po europejsku. Chodziło się na tańce, do kina. W domu na półkach stały książki Dostojewskiego i klasyków literatury amerykańskiej. Mój ojciec był za świecką Turcją, cenił wolność. Dopiero tutaj stał się konserwatystą.

 

Dlaczego? Lata 60. to w Niemczech czas rewolucji obyczajowej. Na billboardach i w magazynach królują kobiety w bikini, na listach bestsellerów takie książki jak "Seks grupowy w Niemczech" albo poradniki, jak szczęśliwie żyć w trójkącie. Modne są słowa: emancypacja, liberalizacja, wyzwolenie (od małżeństwa i rodziny).

 

- Jak wielu Turków mój ojciec doszedł do wniosku, że rewolucja seksualna zagraża rodzinie. A rodzina jest najważniejsza. Rozczarowany Niemcami w końcu wrócił do Turcji - mówi Kelek. - Gdyby nie to, nigdy nie poszłabym na studia.

 

Wcześniej niemal na własnej skórze przekonała się, jak bardzo zmieniła go emigracja. Miała 17 lat, kiedy stanął przed drzwiami jej pokoju z siekierą.

 

Siekiera w tureckim domu oznacza śmierć.

 

Drzwi poszły w drzazgi, Kelek zdążyła uciec. Ojciec krzyczał za nią, że na drugi raz powinna wyjść z pokoju i go przywitać, kiedy wraca z pracy. I że nie będzie już dłużej znosił takiego braku szacunku.

 

Adres

 

- Problemy mają najlepsze dziewczyny - mówi Gabriela Hanemann, która prowadzi świetlicę dla dziewcząt MaDonna, kilka przecznic od miejsca, w którym zginęła Hatun Sürücü. - Ambitne, inteligentne, takie, które chcą się uczyć i prowadzić niezależne życie.

 

Eva K. z organizacji Papatya, która pomaga dziewczynom z rodzin imigranckich, mówi, że od 1996 roku w Niemczech doszło do 130 zabójstw honorowych. Ostatnie miało miejsce w lutym tego roku. Małżeństwo z Hesji zabiło swoją trzynastoletnią córkę, a ciało zakopało w lesie. Powód: miała chłopaka.

 

- Nie ma dnia, żeby nasze pracownice nie odbierały telefonów od dziewczyn, które boją się o swoje życie - mówi Eva K.

Jeśli sytuacja jest poważna, proponują miejsce w schronisku. To cztery pokoje w Berlinie, w mieszkaniu, którego adres zna tylko kilka osób. Obowiązują zasady: żadnych telefonów komórkowych (rodzina mogłaby nękać dziewczynę albo ją namierzyć), żadnych odwiedzin, zakaz wychodzenia po siódmej wieczorem (w ciągu dnia tylko w towarzystwie kogoś z organizacji).

 

- Nie pomagamy w ucieczce. Dziewczyna musi ją sama zorganizować, nawet jeśli musi dostać się do Berlina z drugiego końca Niemiec. Jeśli się jej uda, wiemy, że ma szanse na samodzielne życie - tłumaczy Eva K. Do tej pory Papatya pomogła 1800 dziewczynom.

 

Nie wszystkim się udało. Selma Uzun była w schronisku tylko tydzień. Jej ojciec przyszedł do urzędu do spraw młodzieży i płakał, że się obleje benzyną i podpali, jeśli nie zwrócą mu córki. - Rodziny w takiej sytuacji próbują wszystkiego. Mówią, że matka umiera, ojciec miał zawał, ukochana siostra trafiła do szpitala - opowiada Eva K. - To tylko wybieg. Dziewczyna już uciekła, dowiedzieli się dalsi krewni i sąsiedzi. Teraz chodzi tylko o to, żeby odzyskać honor, nie córkę. Zawsze przed tym ostrzegamy.

 

Ale Selma bardzo chciała wierzyć ojcu. Przecież w urzędzie sam wziął kartkę papieru i napisał, że zgadza się, aby córka została w Berlinie i dalej chodziła do szkoły. Własnym podpisem poświadczył, że nie wyśle jej do Turcji i nie wyda za kuzyna, którego nigdy nie widziała na oczy.

 

Kilka miesięcy później już nie żyła.

 

Kto będzie Fatimą

 

Pod tablicą jest scena, staną na niej ojciec i syn. Znudzeni uczniowie podniosą głowy dopiero wtedy, kiedy ten pierwszy zacznie krzyczeć, a drugi skuli się niepewnie, jakby słowo mogło uderzyć. - Gdzie twoja siostra? Miałeś jej pilnować, a cały dzień grasz w jakieś głupie gry!

 

- Nie wiem, może wyszła z przyjaciółmi.

 

- Wyszła?! Jest szósta wieczór, co z ciebie za mężczyzna, że pozwalasz jej włóczyć się po mieście. Idź jej szukać, ale już!

 

Syn niechętnie wstanie, przejdzie na drugi koniec sali. Tam już stoi grupka osób, zaczyna się druga scena.

 

- Fatima, do domu!

 

- Jestem z koleżankami, o co ci chodzi?

 

- Masz wracać do domu, i to już, idiotko! - powtarza syn i łapie za ramię jedną z osób. Szarpanina trwa kilka minut. Koniec sceny, cisza.

Deniz (grał ojca) mówi, że w tym momencie widzi, jak uczniowie zaczynają myśleć. Chłopcy pewnie nieraz słyszeli, że mają śledzić każdy krok własnej siostry, a dziewczyny musiały się tłumaczyć z wyjścia do galerii handlowej. Deniz chciałby, żeby cała klasa się zastanowiła, czy to jest OK. - Nie robię im wykładów o równości płci i prawach człowieka. Mówię: patrzcie, jestem taki jak wy - mam brodę, jestem Turkiem, wychowałem się tutaj, w Neukölln. Pogadajmy.

 

Gokay (grał syna): - Niektórzy patrzą na nas spode łba, siedzą tyłem do sceny. To są ci, na których najbardziej nam zależy. U nich może się zacząć największa zmiana.

 

Fatimę gra zawsze ochotnik z klasy. To jedyna rola kobieca, więc Deniz i Gokay wybierają do niej chłopaka. Pytają: "Jak się czułeś, kiedy brat szarpał cię przy koleżankach?". Chłopcy odpowiadają: "Straszny wstyd, upokorzenie, żenada", "Jakby nikt się ze mną nie liczył".

 

- Wielu z nich po raz pierwszy musiało postawić się w sytuacji kobiety - mówi Deniz. - I to już jest sukces.

 

Gokay i Deniz wychowali się na tym samym podwórku na Neukölln. Dziś pierwszy studiuje inżynierię lotniczą, drugi - socjologię. Wkurza ich, że kiedy imigrant zrobi coś złego, zaraz napiszą o tym wszystkie media. O takich jak oni, spokojnych, nikt się nie zająknie.

 

- To nie znaczy, że nie ma problemów - mówi Gokay. - W szkole nieraz słyszałem: "Ej, twoja siostra ma chłopaka, masz zamiar to tak zostawić?". Albo taka historia: dziewczynę wysyłają do Turcji, bo ją obiecali jakiemuś kuzynowi.

 

- Tyle że o tym się nie rozmawia - przyznaje Deniz. - Bo jak?

 

Dlatego teraz wyłapują młodych chłopaków z rodzin muzułmańskich i namawiają, żeby przyszli na spotkanie Heroes. To organizacja, która powstała po śmierci Hatun.

 

Gokay: - Kiedy odgrywamy pierwszą scenkę, zawsze pojawiają się głosy: "Dobrze zrobił, należało się dziewczynie". Wtedy zaczynamy drążyć.

Deniz: - Pytamy: "Co to jest honor?". Ktoś powie: "Rodzina". A jak ktoś nie ma rodziny, to znaczy, że nie ma honoru? Inna odpowiedź: "Dziewictwo mojej siostry". Zaraz, bracie, a twoje dziewictwo nie jest warte tyle samo?

 

Gokay: - Wiadomo, że nikt w godzinę nie zmieni przekonań, które mu wpajano przez piętnaście lat. Chcemy rzucić pierwszą iskrę, która otworzy im głowy.

 

Włosy

 

- Seyran po turecku znaczy "podróż", Ateş - "ogień". Niezwykłe, jak los potrafi być zapisany w imieniu i nazwisku - mówi Seyran.

 

Dla jej rodziców zamach na życie córki to był znak: gdyby nie uciekła z domu, nic by się nie stało. Ona widzi to inaczej: ma 21 lat, studiuje prawo, w wolnym czasie udziela porad tureckim kobietom. Chcieli ją zabić, a to znaczy, że się jej boją. To jej dodaje energii; teraz ona będzie karmić się ich strachem.

 

Na razie musi spędzić kilka tygodni w szpitalu. Kiedy przy jej łóżku spotykają się tureccy krewni i niemieccy przyjaciele, jedni stają zawsze po lewej, drudzy po prawej stronie. Jakby oddzielał ich niewidzialny mur. Nie obywa się bez awantur. Ojciec Seyran uważa, że jej chłopak powinien wychodzić na czas jego odwiedzin. - Mało nie zginęłam, a jego najbardziej obchodziło to, że jego córka spotyka się z jakimś mężczyzną, w dodatku Niemcem.

 

Jeszcze próbuje ułożyć się z rodziną. Uzgadniają, że dopóki nie wróci do zdrowia, zamieszka w domu. Matka pomaga się jej kąpać, dostrzega, że Seyran się nie goli. Muzułmańska tradycja uznaje owłosienie na ciele kobiety za nieczyste, feminizm wręcz przeciwnie, dochodzi więc do kłótni i płaczu.

 

- Zrozumiałam, że moja rodzina nie zmieni się ot tak. Że to może zająć dziesięć, dwadzieścia lat - mówi. - Ojciec powiedział mi: "Ja wiem, że ty chcesz żyć po swojemu, ale ja mam tu krewnych i sąsiadów. Moje życie zależy od tego, co oni myślą i mówią".

 

Ich drogi muszą się rozejść.

 

Ponad 20 lat później, w ciepły czerwcowy dzień, Seyran rozmawia na stacji metra Möckernbrücke z klientką, której pomaga w sprawie rozwodowej. Na peron wpada mąż kobiety i rzuca się na nie z pięściami. Obok stoi wielu mężczyzn, przypatrują się, żaden nie reaguje. To w większości tureccy imigranci.

 

Piszą do niej: niech przestanie obrażać islam i Turków. Życzą, żeby zdechła, bo jak nie, to sami poderżną jej gardło. Policja przyznaje jej ochronę: dwóch funkcjonariuszy dzień i noc stoi przed jej domem. Znowu nie może zrobić kroku bez mężczyzny. Być może i teraz by się nie złamała, gdyby nie dziecko. Córka ma dwa lata i do żłobka odprowadza ją policjant.

 

Rok po napaści na stacji metra Seyran oddaje licencję prawnika, przestaje wypowiadać się w mediach. Liczy, że jeśli zniknie, dadzą jej spokój.

 

Oko matki

 

Rollberg to kwartał ulic na Neukölln. 90 proc. mieszkańców to imigranci - głównie przybysze z Turcji i krajów arabskich. Ponad połowa żyje z zasiłków. W okolicy jest kilka meczetów, tureckie delikatesy, bary z kebabem. To cały świat Fatmy, która ma lat 13 i włosy starannie upięte pod chustą.

 

Zimą między komunalnymi blokami hula wiatr, ale wiosną przed bloki wychodzą matki. Czujne oko matki widzi wszystko: gdzie idzie Fatma i z kim, na kogo patrzy i jak. Tam gdzie oko matki nie sięga, posyła się brata. Braci Fatma ma trzech, więc jest strzeżona potrójnie. Oni wiedzą, z kim Fatma chodzi do klasy, z kim się przyjaźni, o której odjeżdża autobus, który powinien zawieźć ją domu, żeby nie stała pod szkołą i nie chichotała do chłopaków jak jakaś niemiecka schlampe.

 

Na Rollbergu wszyscy się znają, tu każdy jest czyimś kuzynem; dwa dni wystarczą, by jedno słowo wypowiedziane nieopatrznie nad filiżanką czaju w ponurym centrum handlowym, gdzie mężczyźni obracają w palcach różańce, zatoczyło koło nad osiedlem i uderzyło w najmniej spodziewanym momencie. Fatmy pilnują, ale i ona ma się na baczności. Czy nie pamięta, co się stało z Nuriyah? Śliczna była Nuriyah i mądra, chciała zostać nauczycielką, ale zakochała się w chłopaku, który w ogóle nie był jej przeznaczony. Przez pięć lat udawało im się to ukrywać przed rodzinami. Jak się spotykali i gdzie, tego Fatma nie wie, a może wiedzieć nie chce. O tym, że na Nuriyah wydano wyrok, pierwsza powiedziała kobieta z jej rodziny. Matka? Siostra? Kuzynka? - tego nikt nie wie, bo takie wiadomości powtarza się szeptem, licząc na to, że dojdą do uszu kogoś, kto znajdzie ratunek. I tak Nuriyah uciekła, najpierw sama, potem dołączył chłopak - nie był już na Rollbergu bezpieczny.

 

- I jak ona to mogła zrobić swoim rodzicom? - powie Fatma. Im dłużej nie ma Nuriyah, tym częściej Fatma myśli o niej tak jak bracia.

 

Miłość? Matka Fatmy mówi: "Miłość przychodzi i odchodzi, a krew zostaje". Krew to rodzina, bez niej nie ma życia. Z rodziną nie da się zerwać trochę, tak jak nie da się trochę umrzeć. "Jesteśmy Turkami i muzułmanami - mówi jeszcze matka. - Tak jest nasz świat urządzony".

 

A Niemcy? Ostatnio ojciec zawołał ją przed telewizor. Przez miasto szła demonstracja, ludzie krzyczeli: "Obcokrajowcy won!". "Pegida - splunął. - Patrz i zapamiętaj: z ciebie żadna Niemka. Tacy jak oni zaraz każą się nam wynosić".

 

Matura

 

Nuriyah najpierw musiała uciekać z Rollbergu, potem z Berlina, a w końcu z Niemiec. Dziś mieszka za granicą (gdzie dokładnie, musi pozostać tajemnicą). Nadal jest ze swoim chłopakiem.

 

Zanim uciekła, przychodziła do MaDonny. Świetlica wyróżnia się na tle szarych bloków: na ścianach różowe graffiti, w oknach plakaty.

 

- Zdarzało się, że przychodziłam do pracy, a tu wybite okna. Nie wiem, ile razy na ścianie pisali nam "kurwy" - opowiada Gabriela Hanemann, która szefuje świetlicy. W meczetach jej nie lubią. Kiedyś próbowała rozmawiać, spluwali pod nogi. Dała spokój. Czasem ktoś jej doniesie, że imam znowu ostrzegał, żeby nie przysyłać do niej dzieci, bo je przerobi na Niemców.

 

- Tylko co to właściwie znaczy? - irytuje się Gabriela. - Te dziewczyny i tak mają już niemieckie paszporty. Tymczasem okazuje się, że choć urodziły się w Berlinie, nigdy nie były w kinie ani na basenie. Kiedy pytam: "Co chcecie robić w piątek?", odpowiadają: "Ty decyduj, Gabi". Nie przyszło im do głowy, że mogą czegoś chcieć. Dopiero tutaj je tego uczymy.

 

- I rodzice się na to zgadzają?

 

- Rodzice przysyłają je tutaj, żeby się uczyły i odrabiały lekcje. Zależy im na dobrych stopniach. Chociaż i z tym bywa różnie. Mamy teraz dziewczynkę z tureckiej rodziny, która bardzo chce zrobić maturę. Jej matka ma 35 lat i ośmioro dzieci; została wydana za mąż w wieku 13 lat. Bardzo wspiera córkę i chce, żeby choć ona miała inne życie, ale jest problem: na maturę nie zgadza się ojciec. I ta matka się boi, że jeśli go nie posłuchają, to on je obie zabije.

 

Razem, ale osobno

 

Jak to możliwe, że w XXI wieku w stolicy dużego europejskiego kraju komuś może grozić śmierć za zrobienie matury? Seyran Ateş mówi, że winę ponosi multikulti. - Polityczny system, który głosi, że różne kultury mogą żyć obok siebie, w jednym kraju, a nawet mieście, zupełnie się nie mieszając. Czyli Polacy osobno, Rosjanie osobno, Turcy osobno.

 

Multikulti w wydaniu niemieckim, mówi Ateş, trzyma się mocno, bo Niemcy - z racji swojej historii - nie chcą być oskarżani o rasizm. - Nie pozwalają sobie na krytykowanie innych kultur, nawet jeśli w te kultury wpisane są obyczaje sprzeczne z prawami człowieka. Ale jak wtedy walczyć np. z przymusowymi małżeństwami?

 

Potwierdza to Hanemann. - Kiedy 30 lat temu otworzyłyśmy MaDonnę na Neukölln, nie było tu żadnego niemieckiego pracownika społecznego. Opowiadałam, że mamy przemoc, przymusowe małżeństwa, a oni: "Jak możesz być taką rasistką!". W tym samym czasie przychodziły do mnie tureckie kobiety i mówiły: "Wy, Niemcy, jesteście fajni, ale tacy głupi. Tacy naiwni. W ogóle nie macie pojęcia, co się tu dzieje".

 

Necla Kelek uważa, że mit multikulti ucierpiał mocno dziesięć lat temu, po śmierci Hatun Sürücü. Ona sama w tym samym roku wydała książkę "Die fremde Braut" (Obca panna młoda), w której opisuje los tureckich dziewczyn sprowadzanych do Niemiec jako żony dla imigrantów. Książka wywołała dyskusję, wypowiadał się o niej sam minister spraw wewnętrznych. Od jej wydania Kelek nie ma wstępu do żadnego meczetu. Przeciwnicy mówią o niej "fundamentalistka oświecenia". - Jedyne, czego się domagam od niemieckiego państwa, to równe traktowanie. Dlaczego mamy tolerować pewne rzeczy tylko dlatego, że dzieją się w społeczności tureckiej?

 

Język

 

W 2011 roku premier Turcji Recep Erdogan przyjeżdża z wizytą do Niemiec. Do swoich rodaków ma jedno przesłanie: "Nie asymilujcie się". Krótko przed tą wizytą Seyran Ateş dostaje maila: "Jeśli nie przestaniesz mówić źle o tureckich muzułmanach, obetniemy ci język". - Pomyślałam, że skoro mogę zginąć za milczenie, to już wolę coś robić.

 

Rok później znów pracuje z kobietami, jako prawniczka. Udziela się w mediach, pisze książki. Rezygnuje z tureckiego obywatelstwa. - Oddałam paszport, ale nie tożsamość - mówi. - To nie jest ruch przeciwko Turcji, tylko za Niemcami.

 

Maile od rodaków, którzy życzą jej śmierci, przychodzą cały czas. Zmieniło się jedynie to, że niektórzy piszą po niemiecku.

 

 

EN

PL