Rekolektyw.pl logo.png

Kaja Puto

 

Nigdy nie jedz żółtego śniegu

 

Norwegia zaostrzyła przepisy, uchodźcy kupowali od rosyjskich handlarzy wysłużone ukrainy, sputniki i ruszali wąską, ośnieżoną drogą do granicy. Kto nie umiał jeździć na rowerze, prowadził go. To wystarczyło.

 

Nikiel to miasto, jakich w Rosji wiele: życie kręci się między pomnikiem Lenina a pizzerią. Z głośników wystawionych przed betonowy dom kultury dudni popsa. Główny plac miasta okalają pryszczate chruszczowki: ciągną się aż po horyzont, którego strzeże ich matka żywicielka - huta niklu.

 

 

Najweselsze miejsce w Niklu to sklep z zabawkami przy ulicy Pobiedy. Gdyby nie kurzący się na wystawie statek piracki, nie sposób byłoby odczuć, że Morze Barentsa jest tak blisko. Z centrum miasta nie widać nawet tundry, ale może to lepiej, bo wokół Nikla z ziemi został tylko jałowy żółtawy pył. W powietrzu wisi dwutlenek siarki: 20 razy więcej niż powinno. Kiedy latem zapada dzień polarny, Nikiel wygląda, jakby dopadła go apokalipsa - słońce oświetla nocą opustoszałe ulice. Zimą wygląda jak zmrożone piekło.

 

Z Nikla nie bardzo jest się dokąd ruszyć. Znaczna część obwodu murmańskiego to zamknięte wojskowe wioski. Żeby zobaczyć morze, trzeba jechać aż do Teriberki, na drugą stronę Półwyspu Kolskiego, ale od premiery kręconego tam filmu "Lewiatan" w Teriberce zrobiło się bardzo tłoczno (jeździ tam pół Moskwy, twierdzą lokalni). Można też pojechać do Norwegii: granica oddalona jest o zaledwie 40 kilometrów. Ale po krachu rubla mało kogo stać.

 

Przyjeżdżają za to Norwegowie: po benzynę i alkohol, ale i z pieniędzmi na zrównoważony rozwój i projekty kulturalne. Lokalni nie wiedzą, jak to jest po rosyjsku, po angielsku nazywa się to transborder cooperation, tak czy inaczej, norweskie korony giną w urzędniczych karmanach, a huta wciąż wypluwa z siebie żółte chmury.

 

Kraby, chmury i Chińczyk w bieliźnie

 

- Bardzo spokojna granica - mówi Frode. Przez 40 przepracowanych w norweskiej straży granicznej lat największe wrażenie na Frode zrobiła zmiana flagi. To był drugi dzień świąt. W słabym świetle zorzy polarnej ciężko było dostrzec, co się dzieje po radzieckiej stronie. Z masztu zakopanego po knagi w śniegu zniknął sierp i młot. Po chwili na jego miejscu załopotała flaga Federacji Rosyjskiej. - Kiedy upadł Związek Radziecki, do Norwegii masowo zaczęły zjeżdżać rosyjskie kobiety. Ściskały w ręku ogłoszenia matrymonialne norweskich emerytów i mówiły, że jadą na swój ślub. Jakiś czas później pojawili się również mężczyźni, którzy podawali się za ich agentów matrymonialnych. Sprzedawali na ulicach przygranicznego miasteczka Kirkenes spirytus, ryby, tytoń, no i kobiety.

 

Ale nielegalnie z Rosji wydostać się właściwie nie da. - Czasem udaje się reniferom. I krabom. I żółtym chmurom. Parę lat temu na policję zgłosił się Chińczyk w bieliźnie i kapciach. Przedarł się przez zasieki z drutu kolczastego, przepłynął przez lodowatą rzekę Pasvik i poprosił o azyl. Nie wiem, jak mu się to udało - ktoś musiał mu pomóc. Ale pogranwojska są raczej odporne na korupcję.

 

Kiedy parę lat temu w Kirkenes zamknięto kopalnię żelaza, w sukurs przyszły kraby. Do Morza Barentsa przyjechały pociągiem z Władywostoku na rozkaz Stalina, żeby zapewnić wikt wygłodzonej radzieckiej Północy. Niedawno kraby zaczęły migrować do Norwegii. Dziś pożywienie murmańskich robotników eksportuje się z Kirkenes do najdroższych londyńskich restauracji po kilkaset dolarów za sztukę.

 

Kirkenes to małe, nieszczególnie ładne miasteczko. Parterowe, odbudowane po drugiej wojnie domki pokryte sidingiem, 3 tys. mieszkańców i spokój żyrowany krabami. Lokalna policja skrzętnie odnotowuje na Twitterze wszelkie incydenty. W tygodniu przed stłoczeniem się uchodźców na granicy wymieniła trzy. We wtorek ktoś przekroczył dozwoloną prędkość o 17 kilometrów na godzinę. W piątek ośmioletnią dziewczynkę przestraszył pies. W niedzielę oddawano mocz w miejscu publicznym.

 

Elijah

 

Pierwszy był Elijah z Tartus. Dopóki był komuś potrzebny, nie chciał uciekać z Syrii. Ale po kilku latach wojny nikt nie potrzebował nauczycieli matematyki. Potrzebni byli żołnierze. Wezwanie do wojska otrzymał wraz z dyplomem ukończenia studiów. Tego samego dnia zaczął jeździć palcem po mapie.

 

Elijah bał się przychybotać do Europy przemytniczym pontonem. Spędził całe życie nad Morzem Śródziemnym i wiedział, co morze sądzi o pontonach. Ominął Turcję szerokim łukiem palca i dojechał do Norwegii: Skandynawia fascynowała go od podstawówki. Nie zraziły go krążące po facebookowych grupach dla uchodźców żarty, że granicy rosyjsko-norweskiej nie sposób przekroczyć bez latającego dywanu.

 

- Miałem więcej szczęścia niż wielu innych Syryjczyków, bo kiedy zacząłem planować podróż - a było to pod koniec 2014 r. - w Tartus panował jeszcze względny spokój, o ile można nazwać spokojem kontrolę reżimu Baszara al-Asada. Przez kilka miesięcy pracowałem w porcie po kilkanaście godzin dziennie, żeby zdobyć oszczędności na podróż. W ostatnich tygodniach niemal w ogóle nie spałem, ale wizja, w której biorę do ręki broń, by zabijać, była wystarczającą motywacją. Zadzwoniłem też do UNHCR-u [agendy ONZ ds. uchodźców] i spytałem, czy w Norwegii mam szansę uzyskać azyl. Mężczyzna, z którym rozmawiałem, długo milczał. Potem powiedział, że nie ma pojęcia, czy uda mi się wydostać z Rosji, ale jeśli złożę w Norwegii wniosek, na pewno zostanie rozpatrzony.

 

Zdążył. Uciekł do Bejrutu, nim minął jego militarny deadline. Tam postarał się o wizę biznesową do Rosji (na turystyczną obywatel kraju, w którym jest wojna, nie ma szans) i wsiadł w samolot do Moskwy, a w Moskwie w pociąg do Murmańska. Nikt nie zwracał na niego uwagi: Syryjczyk przyjeżdżający z terenów kontrolowanych przez bratni reżim w interesach seems legit.

 

Dopiero na murmańskim dworcu dopadli go FSB-cy, ale kiedy usłyszeli, jaki Elijah ma plan, wzruszyli ramionami. W prawie rosyjskim istnieje co prawda wewnętrzna klauzula, która nie pozwala wjeżdżać w strefę przygraniczną ludziom bez ważnej wizy Schengen, ale służy to raczej terroryzowaniu lokalsów, a nie jakiegoś tam Syryjczyka. FSB-cy zaprowadzili go do maca z darmowym wi-fi i powiedzieli good luck.

 

- Zjadłem frytki i zapisałem się na Fejsie do grupy carsharingowej dla mieszkańców pogranicza. Wiedziałem, że granicy nie wolno przekraczać pieszo, i muszę znaleźć kogoś, kto zabierze mnie do samochodu. Nie ukrywałem, że jestem uchodźcą z Syrii i że nie mam wizy Schengen.

 

Na post natknęli się redaktorzy z lokalnej gazety w Kirkenes i przedrukowali go w formie ogłoszenia. Zanim policja się pokapowała i wpadła do redakcji (to dwie ulice od komisariatu, ale "Sor-Varanger Avis" wychodzi co trzy dni), Elijah był już na granicy i prosił o azyl. Redaktorzy nie mogli zrozumieć, o co policja ma pretensje. Jaki przemyt ludzi? Chłopak potrzebował pomocy i tyle. Cieszymy się, że mogliśmy mu pomóc.

 

Rowery

 

- Gdyby nie internet, o szczęściu Elijaha wiedzieliby co najwyżej jego koledzy z obozu dla uchodźców. Jego historia rozprzestrzeniła się błyskawicznie - tłumaczy Frode.

 

Trasa arktyczna była nie tylko bezpieczniejsza, ale i tańsza: koszt ucieczki z Syrii zamykał się w kilku tysiącach złotych na osobę, podczas gdy trasa bałkańska wymagała kilkunastu tysięcy i długich negocjacji z przemytnikami. Jesienią w stronę Kirkenes ruszyły setki uchodźców. Spora część mieszkała wcześniej w Rosji - Syryjczycy, Afgańczycy, imigranci z Azji Centralnej. Kiedy dowiedzieli się o tej trasie, ruszyli w drogę. Inni przyjechali prosto z Bliskiego Wschodu, a nawet z Konga, Kamerunu, Uzbekistanu, Indii, łącznie z ponad 30 krajów. Norwegia zaostrzyła kary za nielegalny przewóz osób, ale uchodźcy znaleźli wyjście: przekraczali granicę na rowerach. Kupowali od rosyjskich handlarzy wysłużone ukrainy, kamy i sputniki i ruszali wąską, ośnieżoną drogą w kierunku przejścia granicznego Borisoglebski-Storskog. Kto nie umiał jeździć na rowerze, prowadził go u boku - to wystarczyło, by w świetle prawa nie kwalifikować się jako pieszy. - Spotkałem nawet mnicha buddyjskiego, którzy przyjechał do Kirkenes na rowerze z samego Bangladeszu. Jego świątynia spłonęła w zamieszkach wywołanych przez islamskich ekstremistów. Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby ludzi uciekających przed śmiercią, nieważne czy pod gruzami, czy z głodu. Muszą tylko wiedzieć, w którą stronę iść.

 

 

Nikiel. Planeta-skrzyżowanie

 

Zariya, gospodyni domowa z Iraku: - Pamiętam, że Rosjanie ostrzegali nas, żebyśmy nie jedli żółtego śniegu, bo może być zanieczyszczony. Nie mieliśmy już rubli, wszystko oddaliśmy taksówkarzom. Na szczęście jacyś ludzie podarowali nam zgrzewkę wody mineralnej. Powtarzaliśmy w kółko słowo "azyl" w kilku językach, żeby go z nerwów nie zapomnieć. Wiedzieliśmy, że jeśli go nie użyjemy na granicy, nie wpuszczą nas i będziemy musieli wracać do Iraku.

 

Liza, dziennikarka z Nikla: - W Niklu prawie nikt nic nie wiedział. Wszystkim zajmowała się rosyjska mafia, która organizowała tym ludziom przejazd z lotniska w Murmańsku, nocleg w Niklu i rower - cały pakiet usług. Był tylko jeden bogaty Syryjczyk, który przychodził wieczorami do naszej pizzerii i stawiał wszystkim kolację, ale nikt go o nic nie pytał. Reszta najwyraźniej bała się wychodzić z hotelu. O całej tej sytuacji dowiedziałam się z internetowego wydania "Wall Street Journal".

 

Sarah, nauczycielka angielskiego z Syrii: - Jechałam na rowerze i powtarzałam na głos nazwy miejscowości na drogowskazach, żeby nie myśleć o tym, jak potwornie jest mi zimno. Do tej pory pamiętam kilka: Liinahamari, Kilpiawr, Ura-Guba. Nie brzmiało to po rosyjsku, więc zaczęłam panikować, czy nie zboczyłam z drogi, która była zupełnie pusta. To było irracjonalne, bo te nazwy zapisane były cyrylicą. Potem zorientowałam się, że snuje się za mną samochód rosyjskiej policji, a za nimi - norwescy dziennikarze. Nie było się o co martwić.

 

Wasilij, przemytnik z Murmańska, na co dzień taksówkarz: - Kto lubi fantastykę naukową, zna pewnie planety-skrzyżowania, na których spotykają się mieszkańcy najodleglejszych zakątków kosmosu, by odpocząć i coś przekąsić. Nikiel zamienił się w coś takiego.

 

Abdul, mechanik samochodowy z Syrii: - Chyba nic mnie szczególnie nie zdziwiło. Widziałem wcześniej na YouTubie, jak wygląda ta cała tundra. Wiedziałem, że będzie zimno. A nie, przepraszam, jednak zdziwiła mnie jedna rzecz: że rozmawiasz ze mną tak serdecznie. Słyszałem, że Polacy nienawidzą muzułmanów. Zdziwiło mnie to, bo przecież to u was była ta "Solidarność", nie?

 

Rune, burmistrz Kirkenes: - To było ogromne wyzwanie, bo uchodźców w Kirkenes znalazło się więcej niż mieszkańców. Oslo jak zwykle zachowywało się, jakby to nie był ich problem. Uważam, że mimo wszystko stanęliśmy na wysokości zadania, choć warunki nie były idealne. Przy tej pogodzie najważniejszy był dach nad głową. Zaadaptowaliśmy na tymczasowy obóz halę sportową i koszary w pobliżu lotniska. Jestem dumny z naszych mieszkańców, bo nic nie udałoby się bez ich pomocy.

 

Omar, aktor z Syrii: - Świat wyglądał, jakby zapadał w sen zimowy. Kiedy przyjechałem na granicę w listopadzie, słońce wychodziło już tylko na kilka minut. W kolejce do budki straży granicznej pachniało zupkami chińskimi. Po ulicach Kirkenes krążyło mnóstwo ludzi i wszyscy pytali, czy mi czegoś brakuje. Byłem zdziwiony tym zaangażowaniem, ale mieszkańcy wyjaśnili mi, że w czasie drugiej wojny też wszyscy musieli stąd uciekać, i dobrze nas rozumieją.

 

Silja, dyrektorka szkoły w Neiden: - Wcześniej w naszej szkole było tylko pięcioro uczniów, teraz jest trzydzieścioro. Wreszcie dzieci mogą spędzać czas ze swoimi równolatkami. Dla mnie to świetny sprawdzian, czy potrafię zarządzać dużą szkołą.

 

Aslan, student medycyny z Syrii: - Studiowałem kilka lat w Rosji, w Kabardo-Bałkarii. Kiedy zaczęła się wojna, osiedliło się tam wielu Syryjczyków z czerkieskimi korzeniami. Skończyłem studia, ale moja wiza studencka wciąż była ważna, więc potwornie się bałem, że nawet jeśli uda mi się wjechać do Norwegii, odeślą mnie z kwitkiem. Według Norwegii Rosja jest krajem bezpiecznym i ci, którzy otrzymali tam pozwolenie na pobyt, zostaną deportowani.

 

Tarjei, dziennikarz z Kirkenes: - Cała historia tej trasy to historia biurokracji - patrz rowery - ale i dyplomatycznych gierek. Norwegia odsyła uchodźców z wizami do Rosji, bo nie może oficjalnie powiedzieć, że to niebezpieczny kraj.

 

Moskwa gościom nie wierzy

 

Trudno w Moskwie o większą kolejkę niż ta, która ciągnie się do jednego z bloków przy al. Olimpijskiej. W niewielkim pawilonie na parterze mieści się ostatnia deska ratunku dla moskiewskich imigrantów. Kogo nie stać na sute daniny składane w urzędzie migracyjnym, ten z dowolnego szczebla drabiny społecznej spada prosto pod ziemię. Korupcja to jedno, problemem jest też prawo: nieprzejrzyste, niekonsekwentne, niesprawiedliwe. - Polityka migracyjna Rosji przypomina wieżowiec, w którym wszyscy mieszkańcy żyją ściśnięci na pierwszym piętrze, a przy wejściu stoją uzbrojeni strażnicy - mówi Elena, autorka raportu "Rosja jako kraj azylu". - Jeśli wpuszczają kogoś do środka, to tylko tylnym wejściem, chyba że otrzymają tajemniczy rozkaz, by otworzyć drzwi.

 

W kolejce do pawilonu stoją głównie obywatele państw byłego ZSRR, ale nie tylko: ostatnio plotka o tym, że do Rosji łatwiej uciec niż do Europy, rozeszła się po Demokratycznej Republice Konga. Setki Kongijczyków wydały swoje oszczędności na bilet lotniczy i wizę, która szybko się skończyła, tak jak i nadzieja na znalezienie pracy. W Rosji zostało już niewiele organizacji pomagających imigrantom. Większość trafiła na listę zagranicznych agentów: to kara za korzystanie z zachodnich grantów. Grażdanskoje Sodiejstwije jeszcze się trzyma, głównie dzięki Swietłanie Gannuszkinie, siedemdziesięcioparoletniej żelaznej damie walki o prawa człowieka. To ona zarządza pawilonem przy al. Olimpijskiej.

 

No więc na miliony imigrantów w Rosji przypadają cztery skromne pokoje. Kiedyś była jeszcze świetlica, ale miasto niespodziewanie ją komuś sprzedało. W popękanych, przykrytych dywanikami ścianach do późnego wieczora pracują prawnicy, tłumacze, doradcy, wielu wolontariuszy. Poupychane po kątach drukarki wypluwają dziennie setki próśb i odwołań. Większość - jeśli nie zostanie opatrzona łapówką - wyląduje w koszu. Z kilimów złośliwie uśmiechają się konie strzegące stepowych jurt.

 

- Dziś przyszła do nas Irina, samotna matka z Uzbekistanu - opowiada Elena, pracownica GS. - Irina mieszka w zagrzybionej piwnicy z pięcioletnim synem i kilkunastoma innymi migrantami. W tym samym bloku sprząta klatki schodowe, oczywiście na czarno. Dostaje za to 17 tys. rubli [ok. 850 zł], z których żyje, wychowuje dziecko, pomaga byłemu mężowi i rodzicom w Uzbekistanie. Nadzorczyni ze spółdzielni zażyczyła sobie, żeby Irina co miesiąc kupowała jej butelkę koniaku, w przeciwnym razie wyleci z roboty. Inną znaleźć trudno, więc Irina kupowała, ale koniak, na który ją było stać, nadzorczyni nie odpowiadał. Wczoraj wyrzuciła ją za to z pracy. Irina pobiegła do dzielnicowego, ale coś mu się nie spodobało w jej dokumentach. Powiedział, że musi skierować jej sprawę do prokuratury. Że czeka ją deportacja, a jej syn trafi do domu dziecka, bo żyje w złych warunkach. Irina siedzi teraz w poczekalni i płacze, nie chce pieniędzy. Chce od nas, żebyśmy przekonali jej nadzorczynię, by przyjęła ją z powrotem do pracy. - I do zagrzybionej piwnicy, w której czekają na nią bojówki nacjonalistów - dodaje Wasiliew, prawnik specjalizujący się w ekstradycjach. - Ale to i tak nic. Jadę dziś na rozprawę mężczyzny, o którego ekstradycję zwrócił się do Rosji Uzbekistan. To przegrany człowiek - ma na koncie wielokrotne odsiadki za kradzieże, pije, nie pracuje. Służby specjalne Uzbekistanu zarzucają mu działalność w organizacjach ekstremistycznych, co jest oczywistą bzdurą: jak człowiek, który ledwo potrafi się przedstawić, miałby knuć ataki terrorystyczne? Ściągają takich ludzi jak on - kompletnie bezbronnych - na procesy pokazowe: koleś trafi do tak zwanej Tasztiurmy, owianego złą sławą więzienia w Taszkiencie. Będzie torturowany i brutalnie zabity. Nikt nie stanie w jego obronie, bo nikt już o nim - emigrancie - w Uzbekistanie nie pamięta. Obie strony będą zadowolone: FSB będzie mogło dudnić, że schwytało groźnego terrorystę, a Uzbekistan pokaże swoim obywatelom, co ich czeka, jeśli sprzeciwią się swojemu rządowi. Takie procesy są nie do wygrania. Udało mi się to tylko raz, kiedy sprawę zakończył wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

 

Rasha

 

- Przychodzili kilka razy w tygodniu, wyciągali mnie za rękę z domu i prowadzili na strych, żeby nikt nie słyszał. Mówili, że jeśli nie zacznę z nimi współpracować, wsadzą mnie do wojskowego helikoptera i wysadzą gdzieś w Syrii. Kazali mi śledzić miejscowych muzułmanów, podsłuchiwać ich rozmowy i zdawać raporty.

 

Rasha, podobnie jak Aslan, przyjechała do Rosji, bo dzięki swoim czerkieskim korzeniom miała pewność, że dostanie pozwolenie na pobyt. Dla syryjskich Czerkiesów to coś w rodzaju repatriacji, ale za możliwością wjazdu do Rosji nie idą żadne dodatkowe przywileje. O pozwoleniu na pracę bez łapówki Rasha mogła tylko marzyć. O spokoju ze strony służb specjalnych - również. Na Kaukazie, w mateczniku rosyjskich islamistów, FSB jest wyjątkowo upierdliwe. Rasha ma 29 lat, wychowała się w Damaszku. Skończyła literaturę angielską i planowała doktorat o twórczości Harolda Blooma. Kiedy na Damaszek spadały bomby, Rasha uciekała z rodzicami i bratem do kryjówki w osiedlowym parku. Za którymś razem budynek, w którym mieszkali, zniknął z powierzchni ziemi. To był 2012 r. - Nie było mowy o ucieczce do Europy, bo wszystko, co mieliśmy, spłonęło. Zostały nam tylko ubrania, w których siedzieliśmy w schronie, oraz paszporty, i nie wszystkie, bo mój brat, Ahmed, zapomniał z domu swojego. Myśleliśmy, żeby przedostać się do naszych krewnych w południowo-zachodniej Syrii, ale nie mieliśmy pewności, że żyją. Postanowiliśmy uciec do Rosji, choć nie mieliśmy o tym kraju bladego pojęcia.

 

Rodzina Rashy zamieszkała w Nalczyku, stolicy Kabardo-Bałkarii. Pieniądze pożyczone od znajomych w Damaszku starczyły na podróż i łapówkę za Ahmeda bez paszportu. Z nielegalnych fuszek (Rasha - lekcje angielskiego, mama - przeróbki krawieckie, Ahmed - budowy) ciężko było się utrzymać, tym bardziej że schorowany ojciec wymaga stałej opieki. - Na początku FSB nieszczególnie się nami interesowało. Dopiero kiedy odkryli, że mój brat nie ma dokumentów, zaczęli nas szantażować. Najpierw jego: ostrzegali, że jeśli odmówi współpracy, doprowadzą do tego, by został skazany za dezercję. Kiedy Ahmed zaczął się ukrywać, przerzucili się na mnie. Zaczęliśmy kombinować, jak stamtąd uciec.

 

Rasha wyjechała do Turcji, by zarobić pieniądze na opłacenie przemytników i podróż do Grecji. Pracowała w kamieniołomie, potem jako sprzątaczka przy weselach. Ahmed został z rodzicami, by opiekować się chorym ojcem. - Po paru miesiącach przeczytałam w internecie, że Norwegia wpuszcza uchodźców od strony Rosji. Trochę nie chciało mi się wierzyć w historię z rowerami, dopóki nie zobaczyłam tego w telewizji. To, co zarobiłam, nie starczyłoby na przerzut przez Morze Śródziemne, ale na wycieczkę rowerową do Norwegii już tak. Wróciłam do Rosji i jeszcze tego samego dnia polecieliśmy z Ahmedem do Murmańska. Myśleliśmy, że dostaniemy azyl, a potem ściągniemy rodziców.

 

W samolocie do Murmańska lecieli niemal sami obcokrajowcy. To był listopad: frekwencyjny szczyt trasy arktycznej. Nie było już mowy o szybkim przesmyknięciu się na granicę, jak udało się to latem Elijahowi. Na lotnisku czekali już taksówkarze kontrolowani przez mafię i składali propozycje nie do odrzucenia. - Taksówkarz zawiózł nas do hotelu w Niklu i zakazał z niego wychodzić. W pokojach mieszkało po kilkanaście osób, większość spała na korytarzu. Dostaliśmy kartony, żeby było nam w nocy trochę cieplej, bo temperatura w budynku nie przekraczała kilku stopni. Recepcjonista codziennie zbierał kasę za nocleg i zabierał kilkanaście osób na granicę, gdzie wręczał im rowery. Mówił, że Norwegowie więcej dziennie nie wpuszczają.

 

Tatia, dziennikarka z Murmańska: - Bzdura. Wpuszczali wszystkich. Właściciel hotelu chciał po prostu jak najwięcej zarobić. Wmawiał też ludziom, że przekroczenie granicy kosztuje 500 dol., które, rzecz jasna, to jemu należy zapłacić. Ale on, handlarze rowerami i taksówkarze zarobili na tym wszystkim stosunkowo niewiele, musieli składać daniny gdzieś wyżej. Trudno powiedzieć, jak wysoko sięgała krysza - na pewno wiedziały o tym władze Nikla i lokalne służby specjalne. Dopiero kiedy do Nikla zaczęli zjeżdżać dziennikarze z Moskwy, wybuchł wielki skandal i ktoś z góry rozgonił to całe towarzystwo. Jednego dnia wywieźli na granicę kilkaset osób.

 

Arsenij, biznesmen z Zapolarnego: - Całe życie handlowałem starymi rowerami. Miałem w domu sporo ukrain, sputników, urali i kontakty w regionach. Wszyscy się zawsze ze mnie śmiali, szczególnie koledzy, którzy robią w autach. Co to w ogóle za pojazd, który nie warczy i nie smrodzi? No, a teraz jestem gość.

 

Rosja bezpieczna. Deportacja!

 

Rasha z Ahmedem spędzili w Niklu 10 dni. 4000 zarobionych w Turcji dolarów starczyło na podróż. - Pewnie byłoby gorzej, gdybyśmy nie mówili chociaż trochę po rosyjsku. Niektórzy spędzali w Niklu wieki i oddawali recepcjoniście wszystko: zegarki, komórki, sygnety. W końcu i ci trafili na granicę, ale taksówkarze podrzucali ich samochodem tylko kawałek, a pozostałe 30 km musieli zrobić na rowerze przez śnieg.

 

Rashę podrzucili pod samą granicę. Wyjęli z bagażnika dziecięcy rowerek i odjechali. Rasha kucnęła, podciągnęła kolana pod brodę i położyła stopy na pedałach. Po 30 sekundach była na miejscu. Norwescy pogranicznicy kazali jej odłożyć rower na piętrzący się stos złomu. Radzieckie rowery nie spełniały norweskich norm bezpieczeństwa, więc nie można było ich sobie zachować. - Spędziliśmy kilka dni w tymczasowym obozie koło lotniska, a potem wsadzono nas w samolot do Oslo. Szaleliśmy ze szczęścia: został już tylko wywiad w sprawie azylu. Po dwóch miesiącach okazało się, że wywiad ma być przeprowadzony przez telefon i że będę miała tłumacza z arabskiego. Parę dni później o szóstej rano do mojego pokoju wpadli policjanci, założyli mi kajdanki i zabrali mnie na lotnisko. Dopiero tam powiedzieli mi, że jestem deportowana do Rosji. Że to bezpieczny kraj, w którym mam prawo pobytu. Ahmed został: uratował go brak dokumentów.

 

Galina, UNHCR Rosja: - Według naszej wiedzy wszystkie osoby deportowane z Norwegii z powodu posiadania ważnej wizy uprawniającej do przebywania na terenie Federacji Rosyjskiej mają prawo ubiegać się o status uchodźcy.

 

Natalia, Grażdanskoje Sodiejstwije: - Status uchodźcy w Rosji przez ostatnie 20 lat otrzymało kilkaset osób. Syryjczycy nie mają na to szans. Jeśli zapłacą łapówkę, to nie daje im niczego poza prawem pobytu. A zresztą teraz i oni mają problemy, by go przedłużyć, bo według Putina wojna w Syrii się skończyła.

 

Cudna wyspa CzungaCzanga

 

Przez trzy lata spędzone w Rosji Rasha nie słyszała o istnieniu Grażdanskiego Sodiejstwija.

 

- Mamy problem, żeby dotrzeć do migrantów poza Moskwą - mówi Basil, tłumacz. - Boją się, kiedy próbujemy nawiązać z nimi jakiś kontakt, nie ufają żadnym instytucjom. Jeśli z kolei mają jakiś problem, nie ma mowy, żeby przyjechali do nas, do Moskwy, nawet jeśli przełamaliby strach. Nie mają na to pieniędzy.

 

Nogińsk jest wyjątkiem. To podmoskiewskie miasteczko, w którym mieszka kilkuset Syryjczyków. Pierwsi przyjechali tu jeszcze w latach 90., żeby zainwestować w upadłą fabrykę odzieży. Kiedy zaczęła się wojna, pościągali swoje rodziny. Nie mają tu łatwo: lokalnym Syryjczycy kojarzą się z dziką prywatyzacją i latami 90.

 

- W rzeczywistości ci ludzie żyją bardzo skromnie - mówi Basil. - Mało kto ma pozwolenie na pracę, większość prowadzi drobny biznes, za który musi jeszcze płacić łapówki. Nie mają też meldunku, więc nie ma mowy o tym, żeby pójść do lekarza. I co najważniejsze - do szkoły.

 

Tylko najstarsze dzieci nogińskich Syryjczyków pamiętają, co to jest szkoła. Większość przyjechała tu, mając kilka lat. Dziś to nastolatki, które ledwo potrafią liczyć. - Rosja łamie ich podstawowe prawo - prawo do edukacji - żeby nie przyjechało ich tu jeszcze więcej. W tym samym celu zatrzymuje co jakiś czas na lotnisku Szeremietiewo jakąś rodzinę. Mówią im, że to nie Europa, i trzymają w strefie tranzytowej kilka miesięcy, zupełnie jak w "Terminalu" z Tomem Hanksem. Wypuszczają ich dopiero wtedy, kiedy napiszą o tym zagraniczne media.

 

Grażdanskoje Sodiejstwije zorganizowało dla dzieci z Nogińska coś w rodzaju szkoły językowej. Dwie godziny rosyjskiego i arabskiego dziennie, ale chodzi głównie o to, żeby poznały pracę w grupie. W wynajętej salce drewnianego domu przy ulicy Sowieckiej uczy się kilkadziesiąt dzieci. Masza - emerytowana nauczycielka - dwoi się i troi, żeby wprowadzić do lekcji elementy wiedzy ogólnej. Jest ciężko, bo najmłodsi uczniowie mają sześć lat, najstarsi 16.

- Dzisiaj ćwiczymy przypadki - obwieszcza Masza i wiesza na tablicy starą radziecką planszę poświęconą podbojowi kosmosu. - Na jakiej planecie chcielibyście żyć?

 

- Na Saturnie! - krzyczą dziewczyny z ostatnich ławek.

 

- A z kim? - pyta Masza.

 

- Z Jurijem Gagarinem!

 

- A ja z Łajką!

 

12-letni Muhammad sprowadza wszystkich do parteru. - Nawet w Moskwie nie byliście.

 

Dzisiaj lekcja kończy się wcześniej: Dzień Dziecka. Na ławki wjeżdża papierowa serweta, tort śmietanowy i dwulitrowe butelki coca-coli. Na ekranie laptopa radziecka kreskówka z YouTube'a: ciemnoskóre dzieci tańczą z żyrafami i śpiewają o wyspie CzungaCzanga. To jedna z ostatnich lekcji rosyjskiego, przynajmniej na razie: Grażdanskiemu Sodiejstwiju kończy się grant na salkę, Maszę i coca-colę. Nie wiadomo, czy będzie można ubiegać się o jego przedłużenie.

 

Cudna wyspa, cudna wyspa,

Życie tutaj to łatwizna.

CzungaCzanga, CzungaCzanga, wciąż balanga.

Całe dnie leniuchujemy i kokosy wciąż żujemy, i banany ciągle jemy, CzungaCzanga.

 

Kierowca autobusu płakał

 

Kiedy rozeszła się plotka o trasie arktycznej, z Nogińska zniknęło kilka rodzin. Np. Alaa. Słyszał, że Syryjczycy z pobytem w Rosji nie mają szans na azyl w Norwegii. Sprzedał więc ćwierć domu i starego volkswagena - wszystko, czego się dorobił, pracując nielegalnie w fabryce odzieży - i ruszył do urzędu migracyjnego z ogromną łapówką. Poprosił o wbicie do paszportu nakazu wydalenia z Rosji i wsiadł z dziećmi w pociąg do Murmańska. Na dworcu okazało się, że trasa arktyczna jest już dla uchodźców zamknięta.

 

Tarjei, dziennikarz z Kirkenes: - Norwegia nie mogła pozwolić sobie na to, żeby wśród ekspertów wybuchła histeria, że Putin wykorzystuje uchodźców w wojnie hybrydowej, co jest zresztą bzdurą, bo impulsem dla tych ludzi były media społecznościowe, a nie przemyślana akcja służb. Dlatego trasa została ostatecznie zamknięta pod koniec listopada. Norwegia dogadała się z Rosją i pogranicznicy nie wpuszczają do strefy przygranicznej nikogo, kto nie ma wizy Schengen. Ta sama historia - w mniejszej skali - wydarzyła się na granicy fińskiej, która zamknęła się dla uchodźców w marcu. Słychać plotki, że następna będzie Estonia.

 

Merete, aktywistka z Refugees Welcome to the Arctic: - Ten pomysł z deportacją to był jakiś skandal. To był styczeń i było chyba z -40! Mam 50 lat i przysięgam, że nigdy się tak nie zdenerwowałam. Była 8 rano, jak co dzień jechałam do szkoły, bo jestem nauczycielką. Nagle dostałam telefon, że naszych uchodźców pakują do autobusów, i zawróciłam z piskiem opon. Kiedy dojechałam do obozu, kierowca autobusu, który miał odwieźć uchodźców na granicę, płakał. Zresztą szef policji i mer też byli przeciwko, ale cóż mogli zrobić - decyzja szła z góry. Ten pomysł mógł przyjść do głowy tylko w Oslo, bo tutaj wszyscy życzyli uchodźcom jak najlepiej. Więc zajechałam policji drogę, wsadziłam do auta kogo tylko się dało i zawiozłam do kościoła, do którego policja zwyczajowo nie wchodzi. Randi i druga Merete zrobiły to samo. Potem wszystkie wylądowałyśmy na przesłuchaniach na policji, to trwało całe dwie godziny. Kiedy po szkole rozniosła się wieść, że zostałam aresztowana, moja córka była zachwycona. Ponoć nigdy nie była tak popularna. I żeby było jasne: nie mam nic do Rosji, mam tam wielu wspaniałych przyjaciół. Słyszałam jednak, że uchodźcy miewają tam problemy.

-

Teraz stare wołgi

 

Elijah, ten pierwszy, otrzymał status uchodźcy po kilku miesiącach oczekiwania. Jego biznesowa wiza skończyła się kilka dni po tym, kiedy wjechał do Norwegii. Mieszka w Dromen, niewielkiej miejscowości w pobliżu Oslo. Mówi już nieźle po norwesku i czeka na weryfikację bezpieki, żeby móc zatrudnić się w liniach lotniczych SAS. Na razie pracuje jako wolontariusz w katedrze w Oslo, daje korepetycje z matematyki i pisze do gazety poświęconej gospodarce.

 

Deportowana z Norwegii Rasha wytrzymała w Nalczyku kilka miesięcy. Tyle ile trwała apelacja w norweskim sądzie. W międzyczasie rosyjscy nacjonaliści podpalili dom, w którym mieszkała z rodzicami. Kiedy z Norwegii przyszła odmowa, Rasha wróciła samolotem do Bejrutu, a stamtąd przedostała się do Syrii. Przesiadała się na lotnisku Atatürka w Stambule kilka godzin przed zamachem bombowym. W Damaszku czuje się mimo wszystko potrzebna i wierzy, że wojna kiedyś się skończy. Szuka w internecie ofert stypendialnych, żeby wyjechać na research o odbudowie szkolnictwa po wojnie.

 

Alaa, pechowiec z trójką dzieci, został bez grosza. Na dworcu w Murmańsku usłyszał plotki o otwarciu fińskiej granicy. Pojechał z dziećmi stopem do Kandalakszy, gdzie spędził kilka nocy w opuszczonej saunie z tłumem Kongijczyków. Najprawdopodobniej udało mu się przedostać do Finlandii. Skąd wytrzasnął samochód, pozostaje tajemnicą, ale musiał jakiś mieć, bo Finlandia zakazała zimą przekraczania granicy na rowerze w trosce o bezpieczeństwo na drodze. Na parkingu fińskiego przejścia granicznego Salla zaczęły się gromadzić stare wołgi.

Zariya, Sarah, Abdul, Omar i Aslan wciąż czekają na ostateczną decyzję.

 

Przez granicę rosyjsko-norweską od sierpnia do listopada 2015 roku przejechało 5500 osób. Rowery, z których korzystali uchodźcy, trafiły na złom. Muzeum Pogranicza w Kirkenes ocaliło cztery egzemplarze w charakterze eksponatu.

 

Tekst piosenki "CzungaCzanga" w przekładzie Marii Tomaszewskiej

 

Kaja Puto - Tekst ukazał się w "Dużym Formacie" 04.08.2016

 

EN

PL

 

Stowarzyszenie Reporterów - Rekolektyw.pl - 2016

Rekolektyw.pl logo.png

PL

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

PL

Rekolektyw.pl logo.png
Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

Kaja Puto

 

Nigdy nie jedz żółtego śniegu

 

Norwegia zaostrzyła przepisy, uchodźcy kupowali od rosyjskich handlarzy wysłużone ukrainy, sputniki i ruszali wąską, ośnieżoną drogą do granicy. Kto nie umiał jeździć na rowerze, prowadził go. To wystarczyło.

 

Nikiel to miasto, jakich w Rosji wiele: życie kręci się między pomnikiem Lenina a pizzerią. Z głośników wystawionych przed betonowy dom kultury dudni popsa. Główny plac miasta okalają pryszczate chruszczowki: ciągną się aż po horyzont, którego strzeże ich matka żywicielka - huta niklu.

 

 

Najweselsze miejsce w Niklu to sklep z zabawkami przy ulicy Pobiedy. Gdyby nie kurzący się na wystawie statek piracki, nie sposób byłoby odczuć, że Morze Barentsa jest tak blisko. Z centrum miasta nie widać nawet tundry, ale może to lepiej, bo wokół Nikla z ziemi został tylko jałowy żółtawy pył. W powietrzu wisi dwutlenek siarki: 20 razy więcej niż powinno. Kiedy latem zapada dzień polarny, Nikiel wygląda, jakby dopadła go apokalipsa - słońce oświetla nocą opustoszałe ulice. Zimą wygląda jak zmrożone piekło.

 

Z Nikla nie bardzo jest się dokąd ruszyć. Znaczna część obwodu murmańskiego to zamknięte wojskowe wioski. Żeby zobaczyć morze, trzeba jechać aż do Teriberki, na drugą stronę Półwyspu Kolskiego, ale od premiery kręconego tam filmu "Lewiatan" w Teriberce zrobiło się bardzo tłoczno (jeździ tam pół Moskwy, twierdzą lokalni). Można też pojechać do Norwegii: granica oddalona jest o zaledwie 40 kilometrów. Ale po krachu rubla mało kogo stać.

 

Przyjeżdżają za to Norwegowie: po benzynę i alkohol, ale i z pieniędzmi na zrównoważony rozwój i projekty kulturalne. Lokalni nie wiedzą, jak to jest po rosyjsku, po angielsku nazywa się to transborder cooperation, tak czy inaczej, norweskie korony giną w urzędniczych karmanach, a huta wciąż wypluwa z siebie żółte chmury.

 

Kraby, chmury i Chińczyk w bieliźnie

 

- Bardzo spokojna granica - mówi Frode. Przez 40 przepracowanych w norweskiej straży granicznej lat największe wrażenie na Frode zrobiła zmiana flagi. To był drugi dzień świąt. W słabym świetle zorzy polarnej ciężko było dostrzec, co się dzieje po radzieckiej stronie. Z masztu zakopanego po knagi w śniegu zniknął sierp i młot. Po chwili na jego miejscu załopotała flaga Federacji Rosyjskiej. - Kiedy upadł Związek Radziecki, do Norwegii masowo zaczęły zjeżdżać rosyjskie kobiety. Ściskały w ręku ogłoszenia matrymonialne norweskich emerytów i mówiły, że jadą na swój ślub. Jakiś czas później pojawili się również mężczyźni, którzy podawali się za ich agentów matrymonialnych. Sprzedawali na ulicach przygranicznego miasteczka Kirkenes spirytus, ryby, tytoń, no i kobiety.

 

Ale nielegalnie z Rosji wydostać się właściwie nie da. - Czasem udaje się reniferom. I krabom. I żółtym chmurom. Parę lat temu na policję zgłosił się Chińczyk w bieliźnie i kapciach. Przedarł się przez zasieki z drutu kolczastego, przepłynął przez lodowatą rzekę Pasvik i poprosił o azyl. Nie wiem, jak mu się to udało - ktoś musiał mu pomóc. Ale pogranwojska są raczej odporne na korupcję.

 

Kiedy parę lat temu w Kirkenes zamknięto kopalnię żelaza, w sukurs przyszły kraby. Do Morza Barentsa przyjechały pociągiem z Władywostoku na rozkaz Stalina, żeby zapewnić wikt wygłodzonej radzieckiej Północy. Niedawno kraby zaczęły migrować do Norwegii. Dziś pożywienie murmańskich robotników eksportuje się z Kirkenes do najdroższych londyńskich restauracji po kilkaset dolarów za sztukę.

 

Kirkenes to małe, nieszczególnie ładne miasteczko. Parterowe, odbudowane po drugiej wojnie domki pokryte sidingiem, 3 tys. mieszkańców i spokój żyrowany krabami. Lokalna policja skrzętnie odnotowuje na Twitterze wszelkie incydenty. W tygodniu przed stłoczeniem się uchodźców na granicy wymieniła trzy. We wtorek ktoś przekroczył dozwoloną prędkość o 17 kilometrów na godzinę. W piątek ośmioletnią dziewczynkę przestraszył pies. W niedzielę oddawano mocz w miejscu publicznym.

 

Elijah

 

Pierwszy był Elijah z Tartus. Dopóki był komuś potrzebny, nie chciał uciekać z Syrii. Ale po kilku latach wojny nikt nie potrzebował nauczycieli matematyki. Potrzebni byli żołnierze. Wezwanie do wojska otrzymał wraz z dyplomem ukończenia studiów. Tego samego dnia zaczął jeździć palcem po mapie.

 

Elijah bał się przychybotać do Europy przemytniczym pontonem. Spędził całe życie nad Morzem Śródziemnym i wiedział, co morze sądzi o pontonach. Ominął Turcję szerokim łukiem palca i dojechał do Norwegii: Skandynawia fascynowała go od podstawówki. Nie zraziły go krążące po facebookowych grupach dla uchodźców żarty, że granicy rosyjsko-norweskiej nie sposób przekroczyć bez latającego dywanu.

 

- Miałem więcej szczęścia niż wielu innych Syryjczyków, bo kiedy zacząłem planować podróż - a było to pod koniec 2014 r. - w Tartus panował jeszcze względny spokój, o ile można nazwać spokojem kontrolę reżimu Baszara al-Asada. Przez kilka miesięcy pracowałem w porcie po kilkanaście godzin dziennie, żeby zdobyć oszczędności na podróż. W ostatnich tygodniach niemal w ogóle nie spałem, ale wizja, w której biorę do ręki broń, by zabijać, była wystarczającą motywacją. Zadzwoniłem też do UNHCR-u [agendy ONZ ds. uchodźców] i spytałem, czy w Norwegii mam szansę uzyskać azyl. Mężczyzna, z którym rozmawiałem, długo milczał. Potem powiedział, że nie ma pojęcia, czy uda mi się wydostać z Rosji, ale jeśli złożę w Norwegii wniosek, na pewno zostanie rozpatrzony.

 

Zdążył. Uciekł do Bejrutu, nim minął jego militarny deadline. Tam postarał się o wizę biznesową do Rosji (na turystyczną obywatel kraju, w którym jest wojna, nie ma szans) i wsiadł w samolot do Moskwy, a w Moskwie w pociąg do Murmańska. Nikt nie zwracał na niego uwagi: Syryjczyk przyjeżdżający z terenów kontrolowanych przez bratni reżim w interesach seems legit.

 

Dopiero na murmańskim dworcu dopadli go FSB-cy, ale kiedy usłyszeli, jaki Elijah ma plan, wzruszyli ramionami. W prawie rosyjskim istnieje co prawda wewnętrzna klauzula, która nie pozwala wjeżdżać w strefę przygraniczną ludziom bez ważnej wizy Schengen, ale służy to raczej terroryzowaniu lokalsów, a nie jakiegoś tam Syryjczyka. FSB-cy zaprowadzili go do maca z darmowym wi-fi i powiedzieli good luck.

 

- Zjadłem frytki i zapisałem się na Fejsie do grupy carsharingowej dla mieszkańców pogranicza. Wiedziałem, że granicy nie wolno przekraczać pieszo, i muszę znaleźć kogoś, kto zabierze mnie do samochodu. Nie ukrywałem, że jestem uchodźcą z Syrii i że nie mam wizy Schengen.

 

Na post natknęli się redaktorzy z lokalnej gazety w Kirkenes i przedrukowali go w formie ogłoszenia. Zanim policja się pokapowała i wpadła do redakcji (to dwie ulice od komisariatu, ale "Sor-Varanger Avis" wychodzi co trzy dni), Elijah był już na granicy i prosił o azyl. Redaktorzy nie mogli zrozumieć, o co policja ma pretensje. Jaki przemyt ludzi? Chłopak potrzebował pomocy i tyle. Cieszymy się, że mogliśmy mu pomóc.

 

Rowery

 

- Gdyby nie internet, o szczęściu Elijaha wiedzieliby co najwyżej jego koledzy z obozu dla uchodźców. Jego historia rozprzestrzeniła się błyskawicznie - tłumaczy Frode.

 

Trasa arktyczna była nie tylko bezpieczniejsza, ale i tańsza: koszt ucieczki z Syrii zamykał się w kilku tysiącach złotych na osobę, podczas gdy trasa bałkańska wymagała kilkunastu tysięcy i długich negocjacji z przemytnikami. Jesienią w stronę Kirkenes ruszyły setki uchodźców. Spora część mieszkała wcześniej w Rosji - Syryjczycy, Afgańczycy, imigranci z Azji Centralnej. Kiedy dowiedzieli się o tej trasie, ruszyli w drogę. Inni przyjechali prosto z Bliskiego Wschodu, a nawet z Konga, Kamerunu, Uzbekistanu, Indii, łącznie z ponad 30 krajów. Norwegia zaostrzyła kary za nielegalny przewóz osób, ale uchodźcy znaleźli wyjście: przekraczali granicę na rowerach. Kupowali od rosyjskich handlarzy wysłużone ukrainy, kamy i sputniki i ruszali wąską, ośnieżoną drogą w kierunku przejścia granicznego Borisoglebski-Storskog. Kto nie umiał jeździć na rowerze, prowadził go u boku - to wystarczyło, by w świetle prawa nie kwalifikować się jako pieszy. - Spotkałem nawet mnicha buddyjskiego, którzy przyjechał do Kirkenes na rowerze z samego Bangladeszu. Jego świątynia spłonęła w zamieszkach wywołanych przez islamskich ekstremistów. Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby ludzi uciekających przed śmiercią, nieważne czy pod gruzami, czy z głodu. Muszą tylko wiedzieć, w którą stronę iść.

 

 

Nikiel. Planeta-skrzyżowanie

 

Zariya, gospodyni domowa z Iraku: - Pamiętam, że Rosjanie ostrzegali nas, żebyśmy nie jedli żółtego śniegu, bo może być zanieczyszczony. Nie mieliśmy już rubli, wszystko oddaliśmy taksówkarzom. Na szczęście jacyś ludzie podarowali nam zgrzewkę wody mineralnej. Powtarzaliśmy w kółko słowo "azyl" w kilku językach, żeby go z nerwów nie zapomnieć. Wiedzieliśmy, że jeśli go nie użyjemy na granicy, nie wpuszczą nas i będziemy musieli wracać do Iraku.

 

Liza, dziennikarka z Nikla: - W Niklu prawie nikt nic nie wiedział. Wszystkim zajmowała się rosyjska mafia, która organizowała tym ludziom przejazd z lotniska w Murmańsku, nocleg w Niklu i rower - cały pakiet usług. Był tylko jeden bogaty Syryjczyk, który przychodził wieczorami do naszej pizzerii i stawiał wszystkim kolację, ale nikt go o nic nie pytał. Reszta najwyraźniej bała się wychodzić z hotelu. O całej tej sytuacji dowiedziałam się z internetowego wydania "Wall Street Journal".

 

Sarah, nauczycielka angielskiego z Syrii: - Jechałam na rowerze i powtarzałam na głos nazwy miejscowości na drogowskazach, żeby nie myśleć o tym, jak potwornie jest mi zimno. Do tej pory pamiętam kilka: Liinahamari, Kilpiawr, Ura-Guba. Nie brzmiało to po rosyjsku, więc zaczęłam panikować, czy nie zboczyłam z drogi, która była zupełnie pusta. To było irracjonalne, bo te nazwy zapisane były cyrylicą. Potem zorientowałam się, że snuje się za mną samochód rosyjskiej policji, a za nimi - norwescy dziennikarze. Nie było się o co martwić.

 

Wasilij, przemytnik z Murmańska, na co dzień taksówkarz: - Kto lubi fantastykę naukową, zna pewnie planety-skrzyżowania, na których spotykają się mieszkańcy najodleglejszych zakątków kosmosu, by odpocząć i coś przekąsić. Nikiel zamienił się w coś takiego.

 

Abdul, mechanik samochodowy z Syrii: - Chyba nic mnie szczególnie nie zdziwiło. Widziałem wcześniej na YouTubie, jak wygląda ta cała tundra. Wiedziałem, że będzie zimno. A nie, przepraszam, jednak zdziwiła mnie jedna rzecz: że rozmawiasz ze mną tak serdecznie. Słyszałem, że Polacy nienawidzą muzułmanów. Zdziwiło mnie to, bo przecież to u was była ta "Solidarność", nie?

 

Rune, burmistrz Kirkenes: - To było ogromne wyzwanie, bo uchodźców w Kirkenes znalazło się więcej niż mieszkańców. Oslo jak zwykle zachowywało się, jakby to nie był ich problem. Uważam, że mimo wszystko stanęliśmy na wysokości zadania, choć warunki nie były idealne. Przy tej pogodzie najważniejszy był dach nad głową. Zaadaptowaliśmy na tymczasowy obóz halę sportową i koszary w pobliżu lotniska. Jestem dumny z naszych mieszkańców, bo nic nie udałoby się bez ich pomocy.

 

Omar, aktor z Syrii: - Świat wyglądał, jakby zapadał w sen zimowy. Kiedy przyjechałem na granicę w listopadzie, słońce wychodziło już tylko na kilka minut. W kolejce do budki straży granicznej pachniało zupkami chińskimi. Po ulicach Kirkenes krążyło mnóstwo ludzi i wszyscy pytali, czy mi czegoś brakuje. Byłem zdziwiony tym zaangażowaniem, ale mieszkańcy wyjaśnili mi, że w czasie drugiej wojny też wszyscy musieli stąd uciekać, i dobrze nas rozumieją.

 

Silja, dyrektorka szkoły w Neiden: - Wcześniej w naszej szkole było tylko pięcioro uczniów, teraz jest trzydzieścioro. Wreszcie dzieci mogą spędzać czas ze swoimi równolatkami. Dla mnie to świetny sprawdzian, czy potrafię zarządzać dużą szkołą.

 

Aslan, student medycyny z Syrii: - Studiowałem kilka lat w Rosji, w Kabardo-Bałkarii. Kiedy zaczęła się wojna, osiedliło się tam wielu Syryjczyków z czerkieskimi korzeniami. Skończyłem studia, ale moja wiza studencka wciąż była ważna, więc potwornie się bałem, że nawet jeśli uda mi się wjechać do Norwegii, odeślą mnie z kwitkiem. Według Norwegii Rosja jest krajem bezpiecznym i ci, którzy otrzymali tam pozwolenie na pobyt, zostaną deportowani.

 

Tarjei, dziennikarz z Kirkenes: - Cała historia tej trasy to historia biurokracji - patrz rowery - ale i dyplomatycznych gierek. Norwegia odsyła uchodźców z wizami do Rosji, bo nie może oficjalnie powiedzieć, że to niebezpieczny kraj.

 

Moskwa gościom nie wierzy

 

Trudno w Moskwie o większą kolejkę niż ta, która ciągnie się do jednego z bloków przy al. Olimpijskiej. W niewielkim pawilonie na parterze mieści się ostatnia deska ratunku dla moskiewskich imigrantów. Kogo nie stać na sute daniny składane w urzędzie migracyjnym, ten z dowolnego szczebla drabiny społecznej spada prosto pod ziemię. Korupcja to jedno, problemem jest też prawo: nieprzejrzyste, niekonsekwentne, niesprawiedliwe. - Polityka migracyjna Rosji przypomina wieżowiec, w którym wszyscy mieszkańcy żyją ściśnięci na pierwszym piętrze, a przy wejściu stoją uzbrojeni strażnicy - mówi Elena, autorka raportu "Rosja jako kraj azylu". - Jeśli wpuszczają kogoś do środka, to tylko tylnym wejściem, chyba że otrzymają tajemniczy rozkaz, by otworzyć drzwi.

 

W kolejce do pawilonu stoją głównie obywatele państw byłego ZSRR, ale nie tylko: ostatnio plotka o tym, że do Rosji łatwiej uciec niż do Europy, rozeszła się po Demokratycznej Republice Konga. Setki Kongijczyków wydały swoje oszczędności na bilet lotniczy i wizę, która szybko się skończyła, tak jak i nadzieja na znalezienie pracy. W Rosji zostało już niewiele organizacji pomagających imigrantom. Większość trafiła na listę zagranicznych agentów: to kara za korzystanie z zachodnich grantów. Grażdanskoje Sodiejstwije jeszcze się trzyma, głównie dzięki Swietłanie Gannuszkinie, siedemdziesięcioparoletniej żelaznej damie walki o prawa człowieka. To ona zarządza pawilonem przy al. Olimpijskiej.

 

No więc na miliony imigrantów w Rosji przypadają cztery skromne pokoje. Kiedyś była jeszcze świetlica, ale miasto niespodziewanie ją komuś sprzedało. W popękanych, przykrytych dywanikami ścianach do późnego wieczora pracują prawnicy, tłumacze, doradcy, wielu wolontariuszy. Poupychane po kątach drukarki wypluwają dziennie setki próśb i odwołań. Większość - jeśli nie zostanie opatrzona łapówką - wyląduje w koszu. Z kilimów złośliwie uśmiechają się konie strzegące stepowych jurt.

 

- Dziś przyszła do nas Irina, samotna matka z Uzbekistanu - opowiada Elena, pracownica GS. - Irina mieszka w zagrzybionej piwnicy z pięcioletnim synem i kilkunastoma innymi migrantami. W tym samym bloku sprząta klatki schodowe, oczywiście na czarno. Dostaje za to 17 tys. rubli [ok. 850 zł], z których żyje, wychowuje dziecko, pomaga byłemu mężowi i rodzicom w Uzbekistanie. Nadzorczyni ze spółdzielni zażyczyła sobie, żeby Irina co miesiąc kupowała jej butelkę koniaku, w przeciwnym razie wyleci z roboty. Inną znaleźć trudno, więc Irina kupowała, ale koniak, na który ją było stać, nadzorczyni nie odpowiadał. Wczoraj wyrzuciła ją za to z pracy. Irina pobiegła do dzielnicowego, ale coś mu się nie spodobało w jej dokumentach. Powiedział, że musi skierować jej sprawę do prokuratury. Że czeka ją deportacja, a jej syn trafi do domu dziecka, bo żyje w złych warunkach. Irina siedzi teraz w poczekalni i płacze, nie chce pieniędzy. Chce od nas, żebyśmy przekonali jej nadzorczynię, by przyjęła ją z powrotem do pracy. - I do zagrzybionej piwnicy, w której czekają na nią bojówki nacjonalistów - dodaje Wasiliew, prawnik specjalizujący się w ekstradycjach. - Ale to i tak nic. Jadę dziś na rozprawę mężczyzny, o którego ekstradycję zwrócił się do Rosji Uzbekistan. To przegrany człowiek - ma na koncie wielokrotne odsiadki za kradzieże, pije, nie pracuje. Służby specjalne Uzbekistanu zarzucają mu działalność w organizacjach ekstremistycznych, co jest oczywistą bzdurą: jak człowiek, który ledwo potrafi się przedstawić, miałby knuć ataki terrorystyczne? Ściągają takich ludzi jak on - kompletnie bezbronnych - na procesy pokazowe: koleś trafi do tak zwanej Tasztiurmy, owianego złą sławą więzienia w Taszkiencie. Będzie torturowany i brutalnie zabity. Nikt nie stanie w jego obronie, bo nikt już o nim - emigrancie - w Uzbekistanie nie pamięta. Obie strony będą zadowolone: FSB będzie mogło dudnić, że schwytało groźnego terrorystę, a Uzbekistan pokaże swoim obywatelom, co ich czeka, jeśli sprzeciwią się swojemu rządowi. Takie procesy są nie do wygrania. Udało mi się to tylko raz, kiedy sprawę zakończył wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

 

Rasha

 

- Przychodzili kilka razy w tygodniu, wyciągali mnie za rękę z domu i prowadzili na strych, żeby nikt nie słyszał. Mówili, że jeśli nie zacznę z nimi współpracować, wsadzą mnie do wojskowego helikoptera i wysadzą gdzieś w Syrii. Kazali mi śledzić miejscowych muzułmanów, podsłuchiwać ich rozmowy i zdawać raporty.

 

Rasha, podobnie jak Aslan, przyjechała do Rosji, bo dzięki swoim czerkieskim korzeniom miała pewność, że dostanie pozwolenie na pobyt. Dla syryjskich Czerkiesów to coś w rodzaju repatriacji, ale za możliwością wjazdu do Rosji nie idą żadne dodatkowe przywileje. O pozwoleniu na pracę bez łapówki Rasha mogła tylko marzyć. O spokoju ze strony służb specjalnych - również. Na Kaukazie, w mateczniku rosyjskich islamistów, FSB jest wyjątkowo upierdliwe. Rasha ma 29 lat, wychowała się w Damaszku. Skończyła literaturę angielską i planowała doktorat o twórczości Harolda Blooma. Kiedy na Damaszek spadały bomby, Rasha uciekała z rodzicami i bratem do kryjówki w osiedlowym parku. Za którymś razem budynek, w którym mieszkali, zniknął z powierzchni ziemi. To był 2012 r. - Nie było mowy o ucieczce do Europy, bo wszystko, co mieliśmy, spłonęło. Zostały nam tylko ubrania, w których siedzieliśmy w schronie, oraz paszporty, i nie wszystkie, bo mój brat, Ahmed, zapomniał z domu swojego. Myśleliśmy, żeby przedostać się do naszych krewnych w południowo-zachodniej Syrii, ale nie mieliśmy pewności, że żyją. Postanowiliśmy uciec do Rosji, choć nie mieliśmy o tym kraju bladego pojęcia.

 

Rodzina Rashy zamieszkała w Nalczyku, stolicy Kabardo-Bałkarii. Pieniądze pożyczone od znajomych w Damaszku starczyły na podróż i łapówkę za Ahmeda bez paszportu. Z nielegalnych fuszek (Rasha - lekcje angielskiego, mama - przeróbki krawieckie, Ahmed - budowy) ciężko było się utrzymać, tym bardziej że schorowany ojciec wymaga stałej opieki. - Na początku FSB nieszczególnie się nami interesowało. Dopiero kiedy odkryli, że mój brat nie ma dokumentów, zaczęli nas szantażować. Najpierw jego: ostrzegali, że jeśli odmówi współpracy, doprowadzą do tego, by został skazany za dezercję. Kiedy Ahmed zaczął się ukrywać, przerzucili się na mnie. Zaczęliśmy kombinować, jak stamtąd uciec.

 

Rasha wyjechała do Turcji, by zarobić pieniądze na opłacenie przemytników i podróż do Grecji. Pracowała w kamieniołomie, potem jako sprzątaczka przy weselach. Ahmed został z rodzicami, by opiekować się chorym ojcem. - Po paru miesiącach przeczytałam w internecie, że Norwegia wpuszcza uchodźców od strony Rosji. Trochę nie chciało mi się wierzyć w historię z rowerami, dopóki nie zobaczyłam tego w telewizji. To, co zarobiłam, nie starczyłoby na przerzut przez Morze Śródziemne, ale na wycieczkę rowerową do Norwegii już tak. Wróciłam do Rosji i jeszcze tego samego dnia polecieliśmy z Ahmedem do Murmańska. Myśleliśmy, że dostaniemy azyl, a potem ściągniemy rodziców.

 

W samolocie do Murmańska lecieli niemal sami obcokrajowcy. To był listopad: frekwencyjny szczyt trasy arktycznej. Nie było już mowy o szybkim przesmyknięciu się na granicę, jak udało się to latem Elijahowi. Na lotnisku czekali już taksówkarze kontrolowani przez mafię i składali propozycje nie do odrzucenia. - Taksówkarz zawiózł nas do hotelu w Niklu i zakazał z niego wychodzić. W pokojach mieszkało po kilkanaście osób, większość spała na korytarzu. Dostaliśmy kartony, żeby było nam w nocy trochę cieplej, bo temperatura w budynku nie przekraczała kilku stopni. Recepcjonista codziennie zbierał kasę za nocleg i zabierał kilkanaście osób na granicę, gdzie wręczał im rowery. Mówił, że Norwegowie więcej dziennie nie wpuszczają.

 

Tatia, dziennikarka z Murmańska: - Bzdura. Wpuszczali wszystkich. Właściciel hotelu chciał po prostu jak najwięcej zarobić. Wmawiał też ludziom, że przekroczenie granicy kosztuje 500 dol., które, rzecz jasna, to jemu należy zapłacić. Ale on, handlarze rowerami i taksówkarze zarobili na tym wszystkim stosunkowo niewiele, musieli składać daniny gdzieś wyżej. Trudno powiedzieć, jak wysoko sięgała krysza - na pewno wiedziały o tym władze Nikla i lokalne służby specjalne. Dopiero kiedy do Nikla zaczęli zjeżdżać dziennikarze z Moskwy, wybuchł wielki skandal i ktoś z góry rozgonił to całe towarzystwo. Jednego dnia wywieźli na granicę kilkaset osób.

 

Arsenij, biznesmen z Zapolarnego: - Całe życie handlowałem starymi rowerami. Miałem w domu sporo ukrain, sputników, urali i kontakty w regionach. Wszyscy się zawsze ze mnie śmiali, szczególnie koledzy, którzy robią w autach. Co to w ogóle za pojazd, który nie warczy i nie smrodzi? No, a teraz jestem gość.

 

Rosja bezpieczna. Deportacja!

 

Rasha z Ahmedem spędzili w Niklu 10 dni. 4000 zarobionych w Turcji dolarów starczyło na podróż. - Pewnie byłoby gorzej, gdybyśmy nie mówili chociaż trochę po rosyjsku. Niektórzy spędzali w Niklu wieki i oddawali recepcjoniście wszystko: zegarki, komórki, sygnety. W końcu i ci trafili na granicę, ale taksówkarze podrzucali ich samochodem tylko kawałek, a pozostałe 30 km musieli zrobić na rowerze przez śnieg.

 

Rashę podrzucili pod samą granicę. Wyjęli z bagażnika dziecięcy rowerek i odjechali. Rasha kucnęła, podciągnęła kolana pod brodę i położyła stopy na pedałach. Po 30 sekundach była na miejscu. Norwescy pogranicznicy kazali jej odłożyć rower na piętrzący się stos złomu. Radzieckie rowery nie spełniały norweskich norm bezpieczeństwa, więc nie można było ich sobie zachować. - Spędziliśmy kilka dni w tymczasowym obozie koło lotniska, a potem wsadzono nas w samolot do Oslo. Szaleliśmy ze szczęścia: został już tylko wywiad w sprawie azylu. Po dwóch miesiącach okazało się, że wywiad ma być przeprowadzony przez telefon i że będę miała tłumacza z arabskiego. Parę dni później o szóstej rano do mojego pokoju wpadli policjanci, założyli mi kajdanki i zabrali mnie na lotnisko. Dopiero tam powiedzieli mi, że jestem deportowana do Rosji. Że to bezpieczny kraj, w którym mam prawo pobytu. Ahmed został: uratował go brak dokumentów.

 

Galina, UNHCR Rosja: - Według naszej wiedzy wszystkie osoby deportowane z Norwegii z powodu posiadania ważnej wizy uprawniającej do przebywania na terenie Federacji Rosyjskiej mają prawo ubiegać się o status uchodźcy.

 

Natalia, Grażdanskoje Sodiejstwije: - Status uchodźcy w Rosji przez ostatnie 20 lat otrzymało kilkaset osób. Syryjczycy nie mają na to szans. Jeśli zapłacą łapówkę, to nie daje im niczego poza prawem pobytu. A zresztą teraz i oni mają problemy, by go przedłużyć, bo według Putina wojna w Syrii się skończyła.

 

Cudna wyspa CzungaCzanga

 

Przez trzy lata spędzone w Rosji Rasha nie słyszała o istnieniu Grażdanskiego Sodiejstwija.

 

- Mamy problem, żeby dotrzeć do migrantów poza Moskwą - mówi Basil, tłumacz. - Boją się, kiedy próbujemy nawiązać z nimi jakiś kontakt, nie ufają żadnym instytucjom. Jeśli z kolei mają jakiś problem, nie ma mowy, żeby przyjechali do nas, do Moskwy, nawet jeśli przełamaliby strach. Nie mają na to pieniędzy.

 

Nogińsk jest wyjątkiem. To podmoskiewskie miasteczko, w którym mieszka kilkuset Syryjczyków. Pierwsi przyjechali tu jeszcze w latach 90., żeby zainwestować w upadłą fabrykę odzieży. Kiedy zaczęła się wojna, pościągali swoje rodziny. Nie mają tu łatwo: lokalnym Syryjczycy kojarzą się z dziką prywatyzacją i latami 90.

 

- W rzeczywistości ci ludzie żyją bardzo skromnie - mówi Basil. - Mało kto ma pozwolenie na pracę, większość prowadzi drobny biznes, za który musi jeszcze płacić łapówki. Nie mają też meldunku, więc nie ma mowy o tym, żeby pójść do lekarza. I co najważniejsze - do szkoły.

 

Tylko najstarsze dzieci nogińskich Syryjczyków pamiętają, co to jest szkoła. Większość przyjechała tu, mając kilka lat. Dziś to nastolatki, które ledwo potrafią liczyć. - Rosja łamie ich podstawowe prawo - prawo do edukacji - żeby nie przyjechało ich tu jeszcze więcej. W tym samym celu zatrzymuje co jakiś czas na lotnisku Szeremietiewo jakąś rodzinę. Mówią im, że to nie Europa, i trzymają w strefie tranzytowej kilka miesięcy, zupełnie jak w "Terminalu" z Tomem Hanksem. Wypuszczają ich dopiero wtedy, kiedy napiszą o tym zagraniczne media.

 

Grażdanskoje Sodiejstwije zorganizowało dla dzieci z Nogińska coś w rodzaju szkoły językowej. Dwie godziny rosyjskiego i arabskiego dziennie, ale chodzi głównie o to, żeby poznały pracę w grupie. W wynajętej salce drewnianego domu przy ulicy Sowieckiej uczy się kilkadziesiąt dzieci. Masza - emerytowana nauczycielka - dwoi się i troi, żeby wprowadzić do lekcji elementy wiedzy ogólnej. Jest ciężko, bo najmłodsi uczniowie mają sześć lat, najstarsi 16.

- Dzisiaj ćwiczymy przypadki - obwieszcza Masza i wiesza na tablicy starą radziecką planszę poświęconą podbojowi kosmosu. - Na jakiej planecie chcielibyście żyć?

 

- Na Saturnie! - krzyczą dziewczyny z ostatnich ławek.

 

- A z kim? - pyta Masza.

 

- Z Jurijem Gagarinem!

 

- A ja z Łajką!

 

12-letni Muhammad sprowadza wszystkich do parteru. - Nawet w Moskwie nie byliście.

 

Dzisiaj lekcja kończy się wcześniej: Dzień Dziecka. Na ławki wjeżdża papierowa serweta, tort śmietanowy i dwulitrowe butelki coca-coli. Na ekranie laptopa radziecka kreskówka z YouTube'a: ciemnoskóre dzieci tańczą z żyrafami i śpiewają o wyspie CzungaCzanga. To jedna z ostatnich lekcji rosyjskiego, przynajmniej na razie: Grażdanskiemu Sodiejstwiju kończy się grant na salkę, Maszę i coca-colę. Nie wiadomo, czy będzie można ubiegać się o jego przedłużenie.

 

Cudna wyspa, cudna wyspa,

Życie tutaj to łatwizna.

CzungaCzanga, CzungaCzanga, wciąż balanga.

Całe dnie leniuchujemy i kokosy wciąż żujemy, i banany ciągle jemy, CzungaCzanga.

 

Kierowca autobusu płakał

 

Kiedy rozeszła się plotka o trasie arktycznej, z Nogińska zniknęło kilka rodzin. Np. Alaa. Słyszał, że Syryjczycy z pobytem w Rosji nie mają szans na azyl w Norwegii. Sprzedał więc ćwierć domu i starego volkswagena - wszystko, czego się dorobił, pracując nielegalnie w fabryce odzieży - i ruszył do urzędu migracyjnego z ogromną łapówką. Poprosił o wbicie do paszportu nakazu wydalenia z Rosji i wsiadł z dziećmi w pociąg do Murmańska. Na dworcu okazało się, że trasa arktyczna jest już dla uchodźców zamknięta.

 

Tarjei, dziennikarz z Kirkenes: - Norwegia nie mogła pozwolić sobie na to, żeby wśród ekspertów wybuchła histeria, że Putin wykorzystuje uchodźców w wojnie hybrydowej, co jest zresztą bzdurą, bo impulsem dla tych ludzi były media społecznościowe, a nie przemyślana akcja służb. Dlatego trasa została ostatecznie zamknięta pod koniec listopada. Norwegia dogadała się z Rosją i pogranicznicy nie wpuszczają do strefy przygranicznej nikogo, kto nie ma wizy Schengen. Ta sama historia - w mniejszej skali - wydarzyła się na granicy fińskiej, która zamknęła się dla uchodźców w marcu. Słychać plotki, że następna będzie Estonia.

 

Merete, aktywistka z Refugees Welcome to the Arctic: - Ten pomysł z deportacją to był jakiś skandal. To był styczeń i było chyba z -40! Mam 50 lat i przysięgam, że nigdy się tak nie zdenerwowałam. Była 8 rano, jak co dzień jechałam do szkoły, bo jestem nauczycielką. Nagle dostałam telefon, że naszych uchodźców pakują do autobusów, i zawróciłam z piskiem opon. Kiedy dojechałam do obozu, kierowca autobusu, który miał odwieźć uchodźców na granicę, płakał. Zresztą szef policji i mer też byli przeciwko, ale cóż mogli zrobić - decyzja szła z góry. Ten pomysł mógł przyjść do głowy tylko w Oslo, bo tutaj wszyscy życzyli uchodźcom jak najlepiej. Więc zajechałam policji drogę, wsadziłam do auta kogo tylko się dało i zawiozłam do kościoła, do którego policja zwyczajowo nie wchodzi. Randi i druga Merete zrobiły to samo. Potem wszystkie wylądowałyśmy na przesłuchaniach na policji, to trwało całe dwie godziny. Kiedy po szkole rozniosła się wieść, że zostałam aresztowana, moja córka była zachwycona. Ponoć nigdy nie była tak popularna. I żeby było jasne: nie mam nic do Rosji, mam tam wielu wspaniałych przyjaciół. Słyszałam jednak, że uchodźcy miewają tam problemy.

-

Teraz stare wołgi

 

Elijah, ten pierwszy, otrzymał status uchodźcy po kilku miesiącach oczekiwania. Jego biznesowa wiza skończyła się kilka dni po tym, kiedy wjechał do Norwegii. Mieszka w Dromen, niewielkiej miejscowości w pobliżu Oslo. Mówi już nieźle po norwesku i czeka na weryfikację bezpieki, żeby móc zatrudnić się w liniach lotniczych SAS. Na razie pracuje jako wolontariusz w katedrze w Oslo, daje korepetycje z matematyki i pisze do gazety poświęconej gospodarce.

 

Deportowana z Norwegii Rasha wytrzymała w Nalczyku kilka miesięcy. Tyle ile trwała apelacja w norweskim sądzie. W międzyczasie rosyjscy nacjonaliści podpalili dom, w którym mieszkała z rodzicami. Kiedy z Norwegii przyszła odmowa, Rasha wróciła samolotem do Bejrutu, a stamtąd przedostała się do Syrii. Przesiadała się na lotnisku Atatürka w Stambule kilka godzin przed zamachem bombowym. W Damaszku czuje się mimo wszystko potrzebna i wierzy, że wojna kiedyś się skończy. Szuka w internecie ofert stypendialnych, żeby wyjechać na research o odbudowie szkolnictwa po wojnie.

 

Alaa, pechowiec z trójką dzieci, został bez grosza. Na dworcu w Murmańsku usłyszał plotki o otwarciu fińskiej granicy. Pojechał z dziećmi stopem do Kandalakszy, gdzie spędził kilka nocy w opuszczonej saunie z tłumem Kongijczyków. Najprawdopodobniej udało mu się przedostać do Finlandii. Skąd wytrzasnął samochód, pozostaje tajemnicą, ale musiał jakiś mieć, bo Finlandia zakazała zimą przekraczania granicy na rowerze w trosce o bezpieczeństwo na drodze. Na parkingu fińskiego przejścia granicznego Salla zaczęły się gromadzić stare wołgi.

Zariya, Sarah, Abdul, Omar i Aslan wciąż czekają na ostateczną decyzję.

 

Przez granicę rosyjsko-norweską od sierpnia do listopada 2015 roku przejechało 5500 osób. Rowery, z których korzystali uchodźcy, trafiły na złom. Muzeum Pogranicza w Kirkenes ocaliło cztery egzemplarze w charakterze eksponatu.

 

Tekst piosenki "CzungaCzanga" w przekładzie Marii Tomaszewskiej

 

Kaja Puto - Tekst ukazał się w "Dużym Formacie" 04.08.2016

 

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL